Niemcy, Słowacja, Estonia, Szwecja, Luksemburg, Rosja to kraje europejskie, które w tym roku powinny rozwijać się szybciej od nas. Polska gospodarka, uginająca się pod ciężarem niezreformowanych finansów publicznych i przepisów krępujących biznes, jest jak obładowany pociąg towarowy. Szybko się nie rozpędzi i gnać też nie będzie.

Z tą zieloną wyspą, jedynym krajem w Europie z dodatnim PKB w ubiegłym roku, premier Tusk trochę przesadził. Zapomniał o Albanii, Białorusi i Kosowie. Ta pierwsza odnotowała nawet wzrost blisko dwukrotnie większy od Polski. W tym roku kilka krajów wyprzedziło nas i w kolejnych latach utrzyma prowadzenie.

Utwierdzają w tym dane, które napływają z europejskich gospodarek. Niektóre zwalają z nóg, jak w przypadku Niemiec, które zanotowały w II kw. wzrost PKB o 4,1 proc. w skali roku. To najlepszy wynik od czasu zjednoczenia kraju w 1990 r.

Również Słowacja ma się czym chwalić. W II kw. jej gospodarka urosła o 4,6 proc. w skali roku, a przemysł aż o 24 proc. (dwukrotnie więcej niż polski). Chciałbym zobaczyć miny tych, którzy mówili, że przyjęcie w kryzysie euro pogrążyło słowacką gospodarkę.

Dźwigają się też z kolan dawne nadbałtyckie tygrysy. W wyniku kryzysu PKB Estonii w 2009 r. spadł aż o 14,1 proc. Teraz Estończycy wychodzą na plus i mogą na koniec roku zanotować wzrost wyższy od naszego. Przykład tego kraju pokazuje, że reformy i cięcia wydatków są dotkliwe tylko przez chwilę, ale potem pokazują swą ozdrowieńczą moc, przyspieszając wzrost. Rząd Estonii przeprowadził drakońską kurację – ściął wydatki o 20 proc., uelastycznił płace i prawo, obniżając koszty pracy o 7,5 proc. Teraz jednak kraj ten ma najzdrowsze finanse w Unii z deficytem budżetowym w wysokości 1,7 proc. (w Polsce 7 proc.) i długiem publicznym na poziomie 7,2 proc. PKB (w Polsce ponad 50 proc.), najniższym w UE. Od 1 stycznia Estonia wchodzi do strefy euro, co jeszcze długo będzie dla nas nieosiągalne.

Bez wątpienia uniknięcie recesji było osiągnięciem Polski. Ale nie wpłynęły na to wyjątkowe działania rządu. Po prostu złoty się osłabił, a coś, co zwykle przeszkadza rozwojowi: zacofanie, słaby eksport, zamknięcie gospodarki, sektor bankowy, który nie zatruł się nowinkami, stało się błogosławieństwem. Niestety, miało to znaczenie tylko przez chwilę. Nie możemy już z tego korzystać. Wręcz przeciwnie, to teraz może się stać kulą u nogi. Podobnie jak wysokie obciążenia naszej gospodarki. W Polsce wydatki publiczne stanowią 46 proc. PKB (tyle co w Niemczech i Wielkiej Brytanii) i w ubiegłym roku wzrosły, wbrew mówieniu o oszczędnościach. Tymczasem słowackie są na poziomie 37 proc.

Dlatego stoimy w miejscu, gdy inni się rozpędzają. W Niemczech wzrost PKB w skali roku zwiększył się z 2,2 w I kw. do 4,1 proc. drugim, w Czechach odpowiednio z 0,5 na 2,2 proc., we Francji z 0,2, na 1,7 proc. W Polsce poziom 3 proc. utrzymuje się od ostatniego kwartału ubiegłego roku. Dobitniej pokazuje to zestawienie całoroczne. Przyspieszyliśmy z 1,7 proc. w ubiegłym roku do 3 proc., zyskując ledwie 1,3 pkt proc., podczas gdy np. gospodarka niemiecka skoczyła z 4 proc. spadku do tyluż wzrostu, czyli o 8 pkt proc.

Nasi sąsiedzi, choć mocniej ucierpieli w kryzysie, odnieśli jedną bezsprzeczną korzyść. Rządy były w stanie przekonać społeczeństwa do reform, dzięki którym w najbliższych latach wzrost gospodarczy będzie szybszy. My, uchodząc za zieloną wyspę, nie czuliśmy się do tego zmuszeni.

Trawestując bon mot byłego premiera Leszka Millera, prawdziwego gospodarczego lidera Europy poznaje się nie po tym, od czego zaczyna walkę z kryzysem, lecz z jakim wynikiem ją zakończy.