W ciągu ostatnich dziesięciu lat (według Agra Europe 2010) w nowo przyjętych krajach UE ubyło aż 31 proc. rolników. U nas – zaledwie 11 proc. To nawet mniej niż w starej UE, gdzie z rolnictwa odeszło prawie 17 proc. zatrudnionych. Nie są potrzebni, bo na wsi szybko rośnie wydajność. Polscy rolnicy stają się coraz mniej konkurencyjni. Tylko po co mają się starać, skoro w tym samym czasie dochody farmerów starej UE spadły o prawie 10 proc., a w Polsce wzrosły o ponad 107 proc.? Choć mamy sporo ziemi i niezłe warunki klimatyczne, zamiast żywić Europę, stajemy się jej skansenem.

Kraje, które najbardziej obawiały się naszej konkurencji na rynku rolnym, czyli Francja, Hiszpania czy Włochy, zacierają ręce, że ich obawy okazały się bezzasadne. Ogromne pieniądze, jakie otrzymują Polacy, nie czynią naszego rolnictwa konkurencyjnym. To wina chłopskich koalicjantów, którym kolejne rządy oddają politykę rolną, nie oceniając opłakanych rezultatów. Cieszą się, że więcej eksportujemy płodów rolnych, niż ich sprowadzamy, choć rezultat mógłby być o wiele lepszy. Ten wynik to bowiem zasługa gospodarstw towarowych, a tych w naszym rolnictwie jest zaledwie jedna trzecia.

Dla partii chłopskich krótkotrwałe zadowolenie wiejskich wyborców jest ważniejsze niż przyszłość polskiego rolnictwa. Dlatego PSL tak zależy, żeby rolnicy korzystali z wszelkich form unijnego wsparcia, bez żadnych warunków. I tak się dzieje od chwili akcesji.

Tymczasem warunki są konieczne. Chodzi o to, żeby rolnik dostawał pieniądze, jeśli dzięki temu jego gospodarstwo stanie się bardziej konkurencyjne. Albo przemieni się z takiego, w którym sadzi się i sieje na własne potrzeby, w towarowe. Mając takie pieniądze, powinniśmy uczynić wszystko, by pomóc właścicielom karłowatych poletek uzyskać samodzielność finansową poza rolnictwem, pomóc im samodzielnie stanąć na nogach. Zmarnowaliśmy tę szansę, a wiele wskazuje na to, że ona może się nie powtórzyć.