Jeśli Orlen nie prowadzi obecnie rozmów z potencjalnymi dostawcami, to popełnia ewidentny błąd - twierdzi Przemysław Wipler, były szef Departamentu Dywersyfikacji Nośników Energii w Ministerstwie Gospodarki.
Według niego później koncern może mieć problem z wynegocjowaniem korzystnych warunków.
- Przykładem może być błąd PGNiG, które dwa lata temu na ostatni moment przystąpiło do odnawiania
umowy krótkoterminowej na dostawy gazu. W efekcie strona rosyjska wywalczyła sobie rozwiązanie niekorzystne dla Polski, które polegało na renegocjowaniu formuły cenowej z podstawowego kontraktu długoterminowego, tzw. jamalskiego - podkreśla Przemysław Wipler.
Eksperci zajmujący się
handlem ropą twierdzą, że na porozumienie z potencjalnym dostawcą Orlen ma czas najwyżej do końca marca. Aż tak długo nie zamierza czekać Grupa Lotos.
- Szukamy zabezpieczenia na pakiet dostaw, który do końca roku gwarantuje nam J&S - wyjaśnia Paweł Olechnowicz, prezes Lotosu.
Gdański koncern potrzebować będzie także dodatkowej ropy po uruchomieniu nowych mocy przerobowych w 2010 roku.
Rozmowy niejawne
- Jesteśmy w stałym kontakcie z największymi producentami i dostawcami ropy naftowej na rynek środkowoeuropejski. Zarówno ilości surowca, jak i nazwy
firm objęte są tajemnicą handlową. Kontakty te daleko przekroczyły jednak poziom rozmów wstępnych - informują w spółce.
Niewykluczone, że surowiec Lotosowi dostarczy rosyjski Gazprom.
- Prowadzimy rozmowy, zdefiniowana została już płaszczyzna współpracy - podkreśla prezes Olechnowicz.
Głównym problemem podnoszonym już od wielu lat jest udział pośredników w dostawach surowca do Polski. Na podstawie stałych kontraktów ropę z Rosji do rodzimych rafinerii dostarczają bowiem m.in. takie firmy, jak cypryjski J&S, zarejestrowana w raju podatkowym na wyspie Guernsey spółka Petraco czy KD Petrotrade ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
- Kontrakty zawierane bez udziału pośredników są możliwe i polskie rafinerie powinny do nich dążyć - zaznacza Przemysław Wipler.
Według niego ropa, którą kupujemy na obecnych warunkach - korzystając z pośrednictwa m.in. J&S - jest bowiem co do zasady droższa niż ta, którą Orlen czy Lotos kupowałyby bezpośrednio od producenta.
Analitycy wątpią jednak w wyeliminowanie takich
firm. Janusz Szum, obecnie niezależny analityk, a wcześniej przedstawiciel J&S i rosyjskiego Jukosu, a więc firm, które miały lub wciąż mają kontrakty z Orlenem i Lotosem na dostawy ropy, przekonuje, że pośrednicy to stały element polityki handlowej rosyjskich koncernów.
- Tamtejsi producenci ropy nie zawierają po prostu samodzielnie umów. Robią to przez pośredników czy spółki-córki, aby uniknąć odpowiedzialności z tytułu wszelkich problemów związanych z niewywiązaniem się z kontraktu - tłumaczy.
Zasadę tę złamać może ewentualny kontrakt Lotosu z Gazpromem.
- Mamy potwierdzenie od Rosjan, że chcą z nami negocjować kontrakt bezpośredni - wyjawia Paweł Olechnowicz.
Przypomina jednak, że kilka lat temu, gdy Lotos zawierał obecny kontrakt na rosyjską ropę, również była wola i chęci współpracy na kontrakty bezpośrednie.
- Potem, na koniec negocjacji, dostaliśmy jednak przekierowanie na firmy pośredniczące, jako te jedyne, które mogą podpisać z nami umowę - zaznacza.
Zdaniem analityków istotne obecnie jest nie tyle, czy polskie koncerny zawrą kontrakty bezpośrednio z producentami czy też przez pośredników, lecz z jakich kierunków będą zaopatrywać się w surowiec.
- O faktycznym bezpieczeństwie dostaw decyduje dywersyfikacja kierunkowa. Co z tego, że nasze rafinerie będą miały po trzech bezpośrednich dostawców, skoro surowiec będzie docierał ze Wschodu. Wystarczy, że nastąpi awaria rurociągu Przyjaźń, którym obecnie płynie ropa dla Orlenu i Lotosu, a rafinerie zostaną pozbawione głównego źródła zaopatrzenia - mówi Przemysław Wipler.
Jak podkreśla, najlepszym zabezpieczeniem dla polskich koncernów paliwowych powinno być więc pilne zabezpieczenie alternatywnego kierunku zaopatrzenia.
- Ropa płynąca rurociągiem jest tania, ale ta, która docierałaby do Naftoportu drogą morską, nie musi być wcale droższa. Wszystko zależy od wynegocjowanej formuły cenowej. Jeśli Orlen i Lotos zawarłyby duży, długoterminowy kontrakt z wiarygodnym dostawcą, miałyby możliwość negocjacji korzystnych warunków - wyjaśnia.
Według niego to jest możliwe.
- Skoro opłaca się sprowadzać surowiec z Wenezueli do Chin, to dlaczego miałoby się nie opłacać transportować go z Wenezueli do Polski - dodaje.
Orlen stawia na trading
PKN Orlen, który pracuje w oparciu o trzy umowy długoterminowe, uzależniony jest od dostaw rurociągiem Przyjaźń. Ze względów geograficznych i logistycznych dostawy drogą morską nie są dla niego tak korzystne, jak dla Lotosu, któremu łatwiej dywersyfikować kierunki dostaw z tego względu, że jest rafinerią morską i ma bezpośrednie połączenie ropociągiem z Naftoportem.
Orlen zamierza jednak poszukiwać alternatywnych źródeł dostaw. Zgodnie z nową strategią spółka zamierza zawierać tzw. umowy spotowe (krótkoterminowe zawierane po cenie rynkowej).
- Interesują nas zakupy niedowartościowanych gatunków rop. Penetrujemy rynek i wiemy, że istnieją szanse na kupowanie surowca z dużymi dyskontami - podkreśla Jacek Krawiec.
Eksperci przyznają, że taki handel może być opłacalny, pod warunkiem że zajmą się nimi profesjonalni traderzy.
- Grupa Mercuria, do której należy J&S, zatrudnia w swojej siedzibie w Szwajcarii 70 osób, pracujących non-stop na kilka zmian. Tymczasem wyszukiwaniem korzystnych kontraktów w Lotosie i Orlenie zajmuje się po kilka osób. Trudno w ten sposób wykorzystać potencjał rynku spotowego - dodaje Wipler.
30 proc. przerabianej przez Orlen ropy pochodzi od J&S