Jest 1 września 2011 r. W życie wchodzi unijne rozporządzenie zmieniające dopuszczalne limity substancji smolistych w produktach spożywczych. Chodzi o normę dla benzopirenu, uznawanego za najgroźniejszy z węglowodorów aromatycznych, którego zawartość obniżono z 5 do 2 mikrogramów. Polscy producenci wędlin dopiero chwilę przed wejściem w życie nowych przepisów zdają sobie sprawę z obostrzeń z nich wynikających, które mogą zagrażać tradycyjnym sposobom wędzenia wędlin i ryb w Polsce. Ministerstwo Rolnictwa tłumaczy się, iż przez wiele lat prowadziło monitoring produktów pod tym kątem i nasi producenci raczej nie przekraczają nowo ustanowionych norm. Przyznaje jednak, że monitoring ten nie objął „tradycyjnych produktów”. W praktyce część polskich produktów regionalnych i tradycyjnych nie spełniała wymaganych norm. Polscy producenci wędlin nie brali udziału w konsultacjach nad projektem rozporządzenia w toku procesu legislacyjnego, kiedy jeszcze można było dyskutować o wysokości progów, Ministerstwo Rolnictwa nie prowadziło szerokich i pogłębionych konsultacji z polskim biznesem. Polscy producenci wędlin przegapili również dwuletni okres vacatio legis, w trakcie którego mogli zmienić technologię wędzenia.

To jeden z wielu przypadków przepisów unijnych przeoczonych przez polski biznes i rząd. Jak słusznie wskazuje Antoni Fałkowski w raporcie Instytutu Sobieskiego pt. „W jaki sposób państwo może wspierać rozwój gospodarczy”: „[...] kluczowym elementem polityki zagranicznej w kontekście wsparcia ekspansji polskich firm nie powinna być wcale promocja Polski. Priorytetowym zadaniem powinny stać się: odpowiednie kształtowanie prawa UE już na poziomie powstawania propozycji nowych aktów prawnych i obrona polskiego stanowiska w kontekście transpozycji prawa unijnego do polskiego porządku prawnego. W tym obszarze wymagana jest bliska współpraca administracji rządowej z firmami i vice versa. Polskie firmy muszą stać się bardziej aktywne w obronie własnych interesów [...]”.

Administracja publiczna w kwestii regulacji unijnych wydaje się błądzić. Trudno się jednak temu dziwić. Polskie firmy lekceważą proces legislacyjny w Brukseli, uznając go za mniej istotny niż krajowy. Brakuje dialogu między biznesem i poszczególnymi resortami, które często nie znają niuansów prowadzonej przez firmy działalności gospodarczej.

Na tym tle ciekawym przykładem jest debata nad stworzeniem adekwatnych ram ochrony patentowej, która toczyła się bezowocnie przez wiele lat. Ważnym problemem do rozwiązania było uproszczenie i ujednolicenie procedury rejestracji patentów na poziomie UE oraz obniżenie kosztów tego procesu i ochrony na obszarze całej UE. To temat szczególnie ważny przede wszystkim z perspektywy sektora MSP.

Kością niezgody, od zawsze, był język patentu, czyli język, w którym należało składać wniosek i uzyskać w nim ochronę. Przez wiele lat toczyła się debata, który z języków UE ma zostać językiem patentu. Początkowa propozycja „English only” nie uzyskała zgody większości krajów członkowskich. Nie było również zgody na trzy równolegle obowiązujące języki patentu, tj. angielski, francuski i niemiecki. Przeciwnicy tego rozwiązania stali na stanowisku, że w ten sposób przedsiębiorcy z krajów, w których języki te są językami urzędowymi, będą uprzywilejowani w stosunku do innych przedsiębiorców, którzy będą ponosić koszty tłumaczeń dokumentacji patentowej. W związku z powyższym w 2011 r. podjęto decyzję o uruchomieniu tzw. wzmocnionej współpracy, w ramach której prace nad rozwiązaniami prawnymi kontynuowane były już przez wybrane kraje UE, które do niej przystąpiły. Ważną kwestią jest to, że wypracowane rozwiązania prawne w ramach wzmocnionej współpracy obowiązują jedynie w tych krajach, które do tej procedury przystąpiły. Pomimo wielu zastrzeżeń zgłaszanych do kształtu projektów przez organizacje biznesowe, podnoszących liczne zagrożenia, ryzyko związane w szczególności z językami patentów, kosztami tłumaczeń dokumentacji patentowej, blokady patentowej uniemożliwiającej rozwój przedsiębiorczości, innowacyjności i de facto stworzenie Europy dwóch prędkości, a także postępowań przed jednolitym sądem patentowym, rząd polski przystąpił do wzmocnionej współpracy i brał udział w pracach nad pakietem o jednolitym patencie. Ostatecznie, pod wpływem licznych protestów biznesu, w szczególności MSP, oraz licznych negatywnych stanowisk przedstawicieli nauki, nasz rząd nie podpisał Porozumienia w sprawie Jednolitego Sądu Patentowego, co finalnie zdecydowało o braku obowiązywania całego pakietu o jednolitym patencie na terytorium RP.

Aktywności polskich firm w Brukseli nie pomaga negatywne skojarzenie, jakie budzi słowo „lobbing”. Proces, który uznany jest za naturalny i wręcz pożądany na poziomie unijnym, w Polsce jest równoznaczny z korupcją i kolesiostwem. Między innymi z tego powodu polskie firmy zwykle nie współpracują z żadną firmą, która mogłaby ich wesprzeć w procesie legislacyjnym w Brukseli.

Nieco inaczej wygląda to w przypadku firm, które są częścią międzynarodowych koncernów. Panuje tam wysoka świadomość wpływu przepisów unijnych na ich działalność. Niejednokrotnie skuteczny lobbing pozwalał uniknąć wielomilionowych inwestycji w zmianę systemów czy rekrutacji dodatkowych zasobów ludzkich.

Zdarzały się również sytuacje, w których działania polskiego biznesu były wzorem i przykładem dla ustawodawcy unijnego do podjęcia działań legislacyjnych. Najciekawszym przykładem jest rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2015/751 w sprawie opłat interchange w odniesieniu do transakcji płatniczych realizowanych w oparciu o kartę. Przyjęty ostatecznie kształt rozporządzenia był wynikiem politycznego porozumienia, które zostało wypracowane w wyniku wielu miesięcy trudnej debaty. Nie bez znaczenia dla KE była zapewne zaawansowana debata tocząca się wówczas w Polsce, która ostatecznie zakończyła się przyjęciem ustawy z 30 sierpnia 2013 r. o zmianie ustawy o usługach płatniczych. Nowelizacja ta weszła w życie 1 stycznia 2014 r., a Polska była pierwszym krajem, który wprowadził maksymalną stawkę opłaty interchange na poziomie 0,5 proc. wartości jednostkowej krajowej transakcji płatniczej, a na podmioty uczestniczące w krajowym rynku transakcji płatniczych nałożono także podstawowe obowiązki i wymogi związane z ich działalnością. 

Polska była pierwszym krajem, który wpro wadził maksymalną stawkę opłaty interchange na poziomie 0,5 proc.