Zapowiedzi Pakietu Klimatyczno-Energetycznego, znanego jako Program 3x20 były niezwykle szumne i optymistyczne. Warto się przyjrzeć, co z tych zapowiedzi, za pięć dwunasta, pozostało. Zacznijmy od końca, trzecia 20 to poprawa efektywności energetycznej gospodarki unijnej (tzn. zużycie energii pierwotnej na jednostkę produktu krajowego brutto, np. toe/k GDP o 20 proc. w stosunku do tak zwanego Business As Usual [BAU]).

Poprawa efektywności

Od ogłoszenia Programu 3x20, tzn. od lutego 2008 r., Komisja nie zdążyła określić, co ten BAU ma oznaczać, czyli od jakiej bazy należy liczyć poprawę efektywności energetycznej. Polska tego celu nigdy nie kontestowała, bo (prawie) wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak daleko nam do standardów UE-15 w tym zakresie i jak ujemnie wpływa to na konkurencyjność naszej gospodarki i na bezpieczeństwo energetyczne kraju. Narzędzi do osiągnięcia tego celu też nie krytykowaliśmy, bo i zresztą nie było co krytykować. Komisja Europejska praktycznie nie zaproponowała żadnych nowych rozwiązań, a istniejące Polska wprowadza (z ociąganiem co prawda) w życie. Nie oznacza to wcale, że nic już w tym zakresie nie można w Polsce i w Europie zrobić. Wręcz przeciwnie, co najmniej dwa narzędzia byłyby możliwe - paneuropejski system białych certyfikatów wspierających inwestycje w energoefektywność (działają w W. Brytanii, Włoszech i Francji, mają działać w Polsce) oraz paneuropejski system tzw. kredytów podatkowych, czyli ulg dla osób kupujących urządzenia energoefektywne. Niestety, w zakresie efektywności energetycznej Komisja ogranicza się do ustalenia standardów efektywności i systemów informacji o efektywności urządzeń (etykiety energetyczne) i budynków (certyfikaty energetyczne). Należy podkreślić, że poprawa efektywności nie jest celem wiążącym (binding), tylko fakultatywnym: wszyscy powinni, ale jak się komuś nie uda - to trudno. Trudno określić możliwość osiągnięcia tego celu dla Polski z powodu braku jego precyzyjnej definicji. Przyjmując najbardziej prawdopodobne założenia, można stwierdzić, że przy 5-proc. rocznym wzroście PKB będzie to możliwe, a przy wzroście zahamowanym przez kryzys na poziomie 3 proc. będzie to prawie niemożliwe. Zakładając wersję optymistyczną, powinniśmy poprawiać naszą efektywność 2÷2,5 proc. rocznie brutto. Nie jest to proste, ale możliwe.

Druga 20 to wzrost udziału energii ze źródeł odnawialnych (OZE) do poziomu 20 proc. w bilansie energii końcowej. Na bilans ten składa się energia elektryczna, energia cieplna i paliwa wykorzystywane w transporcie. W sektorze paliw płynnych udział biopaliw ma osiągnąć 10 proc., ten wymóg dotyczy całej Unii. Oznacza to oczywiście, że w pozostałych dwu sektorach udział OZE musi być większy aby nadrobić brakujące 5 proc. z paliw. Dla Polski wymaganie udziału OZE zostało obniżone do 15 proc. (staraliśmy się o 13 proc.). Oznacza to konieczność uzyskania min. 15 proc. udziału OZE w energii elektrycznej i 17 proc. udziału w cieple - to ostatnie będzie uzyskać trudno - obecny udział to 5 proc. w cieple i 7 proc. w energii elektrycznej. Szczególnie słabym miejscem jest ciepło, bo nie mamy ani europejskich, ani krajowych mechanizmów motywowania (lub wymuszania) do zwiększenia udziału OZE w produkcji ciepła - istniejące technologie są, niestety, drogie i same się na rynku nie obronią. W jaki sposób mamy osiągnąć limit 15 proc. udziału OZE w bilansie energii końcowej, jeszcze nie wiemy. Na to, jak trudny jest to problem, wskazuje fakt, że Zieloni (Polska Koalicja Klimatyczna) zaatakowali elektroenergetyków, że w swoim Raporcie 2030 (EnergSys na zlecenie Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej) przyjęli... 15 proc. udziału OZE w produkcji prądu i zaproponowali ograniczenie się do 10 proc. (co oznaczałoby zwiększenie udziału OZE w cieple do 19,5 proc. - nie wiadomo jak). Jednocześnie filar Polskiej Koalicji Klimatycznej - Greenpeace atakuje ministra gospodarki, że 15 proc. OZE w energii elektrycznej to za mało i w swoich materiałach pt. [R]ewolucja energetyczna dla Polski promuje... 26 -proc. udział OZE w produkcji prądu. Wniosek stąd, że Zieloni są za rozwojem OZE, a nawet przeciw!

Unia Europejska poza ustaleniem i przydzieleniem minimalnych wymaganych limitów dużo więcej nie zrobiła. Koncepcja utworzenia wspólnotowego systemu wspierania OZE padła i się nie podniosła, nie potrafiono bowiem zaproponować takiego europejskiego systemu handlu zielonymi certyfikatami, aby wyraźna większość chciała się na niego zgodzić. Pomysł obaliła W. Brytania z naszą skuteczną pomocą. Ostatecznie dyrektywa została przyjęta bez handlu międzynarodowego i Polska jej nie kontestuje!

Ważne szczegóły

W ten sposób dotarliśmy do pierwszej 20, pierwszej, a w zasadzie jedynej, czyli do 20 proc. redukcji gazów cieplarnianych. Celu zasadniczego Polska również nie kontestuje, to znaczy zgadza się na zredukowanie emisji o 20 proc. w skali całej Unii Europejskiej w stosunku do roku 1990.

Problem pojawia się, gdy przechodzimy do szczegółów. Tych już tak lekko nie potrafimy zaakceptować. Głównie dlatego, że proponowane dzisiaj narzędzia sporo odbiegają od tego, co było deklarowane na początku bieżącego roku. Zacznijmy od tego, że redukcja ma być liczona od roku 1990, ale dla rozkładu udziałów w jej osiągnięciu jako rok bazowy przyjęto... 2005, co zjada całość naszej redukcji osiągniętej w wyniku transformacji systemowej. Kosztowało to nas, jak wszyscy wiemy, wiele krwawego potu i słonych łez, ale urzędnicy i politycy Unii Europejskiej mówią, że to się nie liczy - bo zostało uzyskane w wyniku transformacji właśnie. I mówią to ci, którzy sami zrobili niewiele, prawdę mówiąc prawie nic, bo EU-15 zredukowało emisję o niecałe 2 proc., podczas gdy my o ponad 30 proc.

Obiecywano, że ulepszony system handlu emisjami EU-ETS nie tylko zredukuje emisje, ale też zwiększy bezpieczeństwo energetyczne Unii i zwiększy jej konkurencyjność na rynkach światowych. Wszystko to dlatego, że zoptymalizuje koszty działań zmniejszających emisje. A tymczasem Komisja i Prezydencja Francuska robią co mogą, aby system był tak drogi jak tylko się da i aby skłaniał do porzucenia węgla na rzecz gazu, czyli zwiększał uzależnienie Europy od zewnętrznych dostawców, a przede wszystkim od Rosji. Poziom redukcji emisji w sektorze EU-ETS, tzn. energetyki i przemysłów energointensywnych, jest w 100 proc. zagwarantowany przez samą istotę idei cap & trade - po prostu uprawnień do emisji ma być z roku na rok coraz mniej i już! Polska się z tym założeniem w pełni zgadza. Nie rozumiemy tylko, dlaczego zakładany cel musimy osiągnąć, płacąc drogo - dosłownie, tzn. w cenie energii, i w przenośni poprzez bankructwo polskich przemysłów energointensywnych - podczas gdy można osiągnąć to samo za 1/4 ceny!

Ceny energii

Nikt nie zarzuca nam niedojrzałości lub nieskuteczności naszych pomysłów. Wręcz przeciwnie - zarzuca się nam, że są złe, bo są takie dobre, że naprawdę mogą skutecznie obniżyć koszty zakupu praw do emisji, a w konsekwencji zahamować dramatyczny wzrost cen energii. Widać wyraźnie, że czwartym celem polityków i urzędników Unii jest osiągnięcie 20-proc. kosztu energii w naszych budżetach domowych. W rozmowach podkreślają niezwykle wyraźnie, że jest zbyt tanio i musi być drogo, a drożyzna musi być proporcjonalna do ilości emisji CO2, czyli do stopnia nawęglenia gospodarki (a więc i odwrotnie proporcjonalna do poziomu bogactwa kraju). Tak więc jesteśmy bici dwa razy - nasz koszt emisyjny będzie 53 razy wyższy niż w Szwecji i 15 razy wyższy niż we Francji, podczas gdy nasze zarobki są kilkukrotnie niższe.

To, o co walczy dziś Polski rząd, to prawo do realizacji rozwoju kraju - rozwoju zrównoważonego, przyjaznego dla środowiska i dla nas. Starania rządu popiera koalicja energointensywnego przemysłu i energetyki - Green Effort Group. Mamy nadzieję, że premier zmusi Komisję, aby rozpoczęła z nami uczciwy dialog. I bardzo się dziwimy, że nasze postulaty atakowane są przez zielonych aktywistów. Przecież chcemy zmniejszyć emisje, tylko pokazujemy, że można to zrobić taniej i przy okazji skuteczniej oraz bez spekulacji.