Lidia Raś: 13 września Sejmowa Komisja ds. Unii Europejskiej ma pracować nad projektami uchwał, które mają spowodować, że państwa członkowskie Unii Europejskiej będą mieć większy udział w ratyfikacji umowy handlowej CETA. Trzeba się spieszyć?
Maria Świetlik, Akcja Demokracja: Tak, bo już 22 września wicepremier Morawiecki jedzie do Bratysławy na spotkanie unijnych ministrów odpowiedzialnych za handel zagraniczny, a deklaracje tam złożone będą dla nas kluczowe. Przede wszystkim zapadnie decyzja, czy przyjmujemy umowę CETA. A jeśli tak, to w jakim trybie. Wiemy, że Komisja Europejska uznała CET-ę za umowę mieszaną, zatem wymagającą ratyfikacji przez kraje członkowskie. To dobra wiadomość. Jest też zła. Decyzja o porozumieniu mieszanym nie obejmuje całej umowy. Które konkretnie jej części zostaną oddane do ratyfikacji krajowych, a które pozostaną w wyłącznej gestii struktur unijnych będzie właśnie przedmiotem dyskusji w trakcie tego szczytu. Kilka krajów członkowskich, m. in. Polska, wniosło zastrzeżenie dotyczące mechanizmu inwestor przeciwko państwu. Inne kraje wnosiły zastrzeżenia dotyczące transportu czy praw tzw. własności intelektualnych. Druga niezwykle ważna sprawa, która będzie podnoszona w Bratysławie, dotyczy tymczasowego wprowadzenia CET-y. Komisja Europejska, godząc się pod naciskiem społecznym na proces ratyfikacji przez państwa członkowskie, jednocześnie postanowiła wprowadzić tę umowę od razu, nie czekając na decyzję parlamentów krajowych. Ta propozycja to kuriozum, ponieważ ciała unijne nie powinny mieć prawa do wcielania umowy, na temat której nie odbyła się debata w krajach członkowskich, skoro nie leży ona w ich wyłączonych kompetencjach.

Co się stanie, jeśli ministrowie zdecydują o przyjęciu CET-y?
Wtedy prawdopodobnie 18 października nastąpiłoby oficjalne podpisanie umowy. Nasz kraj reprezentowałby minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Następnie w imieniu Kanady umowę podpisałby premier Justin Trudeau. I na końcu swoje zdanie wyraziłby Parlament Europejski, który może umowę albo w całości odrzucić, albo przyjąć. Trudno dziś spekulować jaki byłby rozkład głosów. Opór wobec TTIP był w PE spory, ale czy europosłowie zdążą poznać umowę CET-a i wypracować opinię – nie wiem. Problem w tym, że szerokiej debaty publicznej na temat CET-y nigdy nie było.

Czy sprawa przyjęcia CETA jest przesądzona, czy scenariusz może się jeszcze zmienić?
Trudno powiedzieć ile państw jest w stanie odrzucić propozycję KE podczas obrad Rady UE. Zależy to też od tego jak będą prowadzone głosowania: czy konieczna będzie jednomyślna decyzja, czy też zarządzone zostanie głosowanie większością głosów. Kilku polityków europejskich ostatnio krytycznie wypowiadało się o umowach handlowych, ale niestety odnoszę wrażenie, że chce się nam, obywatelom, wmówić, że możliwa jest rezygnacja z TTIP, bo to jednak nie był udany projekt, a CETA to całkiem coś innego. Takie demagogiczne wypowiedzi oczywiście nie są poparte argumentami, bo ich nie ma i być nie może. CETA negocjowana była dokładnie tak samo jak TTIP i obciążona jest tymi samymi błędami, które wynikają z założenia, że potrzebna nam jest większa deregulacja i większy wpływ lobbingu biznesowego na proces stanowienia prawa. Liczę na to, że intensywna dyskusja między stroną społeczną a polskim rządem doprowadzi ostatecznie do tego, że rząd opowie się przeciwko umowie CETA, a zwłaszcza przeciwko tymczasowemu jej wprowadzeniu.

Przejrzałam ponad czterysta stron polskiej wersji CET-y. Niektóre zapisy brzmią uspokajająco, np. ten: „CETA nie zmusi rządów do prywatyzacji lub liberalizacji usług publicznych”. To chyba dobrze, bo to był jeden z poważniejszych zarzutów wobec umowy.
I nadal jest. Ten zapis nic nie zmienia. Owszem, może i CETA nie zmusi rządów do dalszej liberalizacji, ale zamrozi stan obecny, a zatem uniemożliwi rekomunalizację czy renacjonalizację już dziś zliberalizowanych usług, np. zdrowotnych, wodociągów, edukacji. A co jeśli dany system ocenimy za jakiś czas jako niefunkcjonalny dla społeczeństwa? Podam przykład tego mechanizmu, który pewna korporacja wykorzystała na Słowacji. Firma ACME świadczyła tam usługi w zakresie ubezpieczeń zdrowotnych. Rząd postanowił się z niego wycofać. Wtedy ACME pozwało Słowację w ramach ISDS i wygrało sprawę. Kraj próbował się bronić i nie płacić odszkodowania, ale ACME zajęła konta Słowacji w Luksemburgu i wyegzekwowała należność.

W tym wypadku wykorzystano ISDS. Ale w CE-cie będzie już nowy mechanizm – ICS. Podobno ma być bardziej sprawiedliwy, etyczny i przejrzysty.
Obawiam się, że nie będzie. Zmiany, które zaproponowała KE dotyczą części obaw związanych z ISDS. Ale podstawowy problem pozostaje: dlaczego nadal zamiast przed sądami krajowymi sprawy mają się toczyć przed ponadnarodowym arbitrażem i dlaczego nadal ma się pozwalać korporacjom występować o odszkodowania tylko dlatego, że któreś państwo postanowiło realizować nasze prawa i zadbało np. o podniesienie pensji minimalnej, nowy system wsparcia dla drobnego rolnictwa, czy zakaże stosowania jakiegoś pestycydu? Jest jeszcze inny problem: ten system ma szkodliwy wpływ na prawodawców, którzy obawiając się pozwów, przestają dbać o stanowienie dobrego prawa. Nie ma żadnego interesu społecznego w powoływaniu takiej instytucji jaką miałby być międzynarodowy sąd. Nie ma żadnych badań, które wskazywałyby, że istnienie sytemu przywilejów dla inwestorów podnosi poziom bezpośrednich inwestycji zagranicznych . Dlaczego więc pozwalać, by skąpe budżety publiczne były drenowane na rzecz wąskiej grupy?

A ochrona środowiska i deklaracja dbałości o zrównoważony rozwój?
Bardzo chciałabym zobaczyć jakieś dowody na to, że CETA faktycznie to gwarantuje. Pamiętajmy, że w takich umowach są dwa poziomy tekstu. Pierwszy to preambuła czyli deklaracje, które nie są wiążące. To zwykle w preambule znajdują się te wszystkie deklaracje o ochronie praw pracowniczych i środowiska. Jest też drugi poziom: konkretne przepisy zawarte w poszczególnych rozdziałach. Tam jednak już nie znajdziemy niczego, co dawałoby poczucie bezpieczeństwa i prezentowało narzędzia do ochrony środowiska. Mało tego, jeśli odwołamy się do doświadczeń Kanady z umową NAFTA , to ten obraz będzie jeszcze mniej optymistyczny, bo w jej konsekwencji doszło do poważnej ingerencji w środowisko. Podam przykład z pomysłem budowy rurociągu KeystoneXL, który miał napędzać dalsze rabunkowe wydobycie ropy w Kanadzie. Eksploatacja piasków bitumicznych doprowadza do dewastacji środowiska i pozbawiła rdzennych mieszkańców Kanady prawa do użytkowania należnej im ziemi. KeystoneXL jeszcze bardziej pogłębiłby ten proces, bo w dodatku miałby biec przez cały kontynent. Setki tysięcy – dosłownie – ludzi protestowało przeciw tej inwestycji, powstały raporty środowiskowe i w końcu administracja Baracka Obamy odmówiła firmie TransCanada zgody na poprowadzenie tego ropociągu. Wtedy korporacja pozwała USA i zażądała gigantycznego odszkodowania w kwocie 15 mld dol korzystając właśnie z systemu ISDS zawartego w NAFTA, sprawa jest w toku. W tej chwili pojawił się temat kolejnych dwóch rurociągów i sądzę, że teraz administracja już się zgodzi, by uniknąć kłopotów. Dokonano analizy, czy podobną sprawę TransCanada mogłaby wytoczyc w ramach wspomnianego systemu ICS i odpowiedź jest twierdząca.

Przy okazji TTIP często wskazywano na niewysokie standardy amerykańskiej żywności. Czy w przypadku CET-y też powinniśmy się obawiać jej pojawienia na rynku?
Miedzy prawodawstwem amerykańskim i kanadyjskim w kwestii bezpieczeństwa żywności nie ma zasadniczej różnicy. Jest to bezpośrednim skutkiem umowy NAFTA, która doprowadziła do tego, że Kanada musiała obniżyć standardy do najniższego mianownika, czyli w tym przypadku poziomu USA. Obecnie w Kanadzie produkcja żywności jest oparta o ten sam wysoko uprzemysłowiony model z dużym wykorzystaniem GMO. Kanada jest jednym z trzech największych producentów żywności zmodyfikowanej genetycznie na świecie. Oficjalnie stwierdzono tam, że nie ma żadnych dowodów naukowych wskazujących na to, że jest bardziej niebezpieczna od żywności tradycyjnej, w konsekwencji nie ma też obowiązku informowania na etykietach o tym, że produkt zawiera GMO. W UE, dla przypomnienia, ponieważ kierujemy się zasadą ostrożności, szukamy dowodu na to, że produkt jest bezpieczny, a o obecności jedynej dopuszczalnej rośliny zmodyfikowanej, czyli kukurydzy, musimy być przez producenta poinformowani.

Jeśli chodzi o produkcję mięsa, to obawiać się należy przede wszystkim raktopaminy czyli związku, który dodawany jest przy produkcji mięsa dla zwiększenia jego masy. CETA da narzędzie do prowadzenia kolejnych dyskusji o żywności i określi, że będziemy się w nich odnosić nie do europejskiej zasady ostrożności, ale do amerykańskiej czyli tzw. dowodu naukowego. Jabłka modyfikowane genetycznie czy łosoś GMO to już nie wizja przyszłości, ale fakty, które mogą uderzyć w europejskich producentów. Łosoś jest pierwszym modyfikowanym genetycznie zwierzęciem zaakceptowanym do obrotu w Kanadzie, a że to ryba wędrowna, więc jest ryzyko, że hodowlane łososie przedostaną się do środowiska. A wtedy nie zapanujemy nad tym. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że pierwszego dnia po podpisaniu umowy te łososie będą u nas sprzedawane, ale producenci którzy mają interes w ich eksporcie do Europy skorzystają z narzędzia współpracy regulacyjnej i w oparciu o zasadę dowodu naukowego, która w umowę jest wpisana, zaproponują zmianę europejskich przepisów. Dlatego nie należy wierzyć zapewnieniom osób, które powtarzają „nigdy nie dopuścimy do podważenia zasady ostrożności' – bo już dopuścili.

CETA jak TTIP?
Trzeba zrozumieć istotę stref wolnego handlu. Jest nią harmonizacja przepisów. Harmonizacja nie polega na tym, że wypracowujemy nowy doskonały standard, ale że równamy w dół, by bez kosztów dla inwestorów ułatwić im eksport.Że tak jest widać przy okazji prawdopodobnego fiaska rozmów dotyczących TTIP. Dlaczego nie udało się rozwiązać wielu kwestii? Bo USA nie zgodziły się na dostosowanie do standardów UE. Choć proces negocjacji TTIP chwieje się, to jeszcze nie upadł. Nadal czekamy na głos KE, która przyzna, że ta misja się nie powiodła i pora ją skończyć. Jeśli kiedykolwiek ten pomysł wróciłby, to już – mam nadzieję - na zupełnie innych zasadach, negocjowany od początku z udziałem wszystkich grup społecznych. Niestety, podejrzewamy, że wycofywanie się ostatnio z TTIP to budowanie przedpola do wprowadzenia rozwiązań znanych z tej umowy, ale poprzez CETA. CETA była negocjowana wcześniej niż umowa z USA, kompletnie poza debatą publiczną. Nie ma możliwości poprawiania jakichś elementów, tak jak jeszcze można o tym dyskutować w przypadku TTIP. Dlatego paradoksalnie z punktu widzenia interesu publicznego sprawa jest prostsza – po prostu trzeba ją w całości odrzucić. Ale żeby zrobić to w demokratyczny sposób, musimy przeprowadzić publiczną debatę w Polsce z udziałem związków zawodowych, organizacji rolniczych i producenckich, ruchów społecznych i parlamentarzystów. I dlatego wprowadzenie tej umowy przed ratyfikacja krajową to, jak ktoś to ujął, „policzek w twarz demokracji”. Liczę na to, że Sejm do niego nie dopuści.