Określenie - negocjacje cenowe - sugeruje, że mamy do czynienia z rynkiem. Jednak rynku jest tutaj niewiele. Nie tylko dlatego, że właściciel obu branż jest cały czas ten sam, i nie tylko dlatego, że ceny energii nie zostały urynkowione. Nie zostały bowiem urynkowione dla gospodarstw domowych, bo dla przemysłu są rynkowe, co boleśnie odczuli sami górnicy, którym zaoferowano na przyszły rok energię elektryczną droższą o 60 proc. Uczyniono to przed poznaniem cen surowca potrzebnego do wyprodukowania owego prądu, co jest posunięciem intrygującym. Jak powiedział Zbigniew Paprotny, wiceprezes Kompanii Węglowej, jeśli przyjąć ten wzrost cen jako wyznacznik tego, co proporcjonalnie może uzyskać górnictwo, to węgiel musiałby zdrożeć o 250 proc.

Zaniżanie ceny

Górnicy siadają do stołu z zamiarem walki z niedoszacowaniem wartości węgla w ubiegłych latach i sztucznym zaniżaniem jego ceny. Przypomnijmy, że w tym roku węgiel dla energetyki zawodowej podrożał średnio o 11 procent. Największa spółka górnicza w Europie Kompania Węglowa sprzedaje energetyce zawodowej połowę swojej produkcji, jeśli liczymy to w tonach. W złotych jest to już tylko niecałe 39 proc. wartości sprzedaży. Jeśli przyjąć ceny węgla z portów w Amsterdamie, Rotterdamie i Antwerpii (ARA) z 2000 roku za 100 proc., to we wrześniu tego roku wyniosły one 411 proc. W Polsce cena z tego roku to 114 proc. ceny sprzed ośmiu lat. Oczywiście obecny rok nie jest najlepszym do dokonywania takich porównań, ponieważ mamy za sobą i radykalny wzrost, ale i również październikowy, radykalny spadek ceny węgla w portach ARA. Jeśli jednak spojrzymy na europejskie ceny w ubiegłym roku, to stanowiły 243 proc. ceny sprzed ośmiu lat.

Parytet importowy

Od dawna mówiło się o tym, że cena węgla w Polsce powinna być kształtowana w oparciu o tzw. parytet importowy, a określenie to zapisano nawet w jednym z programów restrukturyzacji branży. Do niedawna było to martwe hasło, nikt nie kupował węgla energetycznego za granicą, a górnicy martwili się, gdzie sprzedać nadwyżki produkcji. W tym roku Polska po raz pierwszy więcej węgla kupi za granicą, niż sprzeda w eksporcie, a w ciągu ośmiu miesięcy tego roku import węgla do Polski przekroczył sześć milionów ton. Import jest więc realną szansą energetyki i realnym zagrożeniem górnictwa. Jeśli dziś węgiel kosztuje w ARA około 100 dol., powiększenie tej kwoty o koszt transportu daje dość dobry punkt wyjścia do negocjacji. Dobry, ale nie do końca stabilny. Ceny węgla na rynkach światowych podlegają różnym wpływom, nie zawsze tylko i wyłącznie czysto ekonomicznej natury. Są powiązane z ceną ropy naftowej; jak wiele innych surowców węgiel podlega działaniom spekulacyjnym.

Zdaniem Jerzego Galemby z Węglokoksu - spadek cen węgla energetycznego w ARA, w ciągu trzech miesięcy (od lipca do października) z 220 dol. za tonę do zaledwie 100 dol., utrudnia jakiekolwiek przewidywanie cen, a różnice w szacowaniu cen węgla sięgają w ocenach różnych ekspertów 60 dol.

Przyjęcie zatem tak zwanego parytetu importowego wcale nie jest łatwym zadaniem. Tym bardziej że ceny te odnoszą się do węgla wysokiej jakości. Węgla, którego polskie elektrownie tak naprawdę nie potrzebują, były bowiem projektowane i budowane w czasach, kiedy dobry węgiel miał być w dużych ilościach eksportowany. Polskim elektrowniom miał wystarczyć ten nieco gorszy. W tym sensie nasze elektrownie są skazane na nasze górnictwo. Z drugiej strony górnictwo jest skazane na energetykę, bowiem tak duży odbiorca, odbierający regularnie na przykład połowę produkcji, zapewnia stabilność, także w czasach międzynarodowej dekoniunktury i ewentualnego spadku cen. Tym bardziej że koszty stałe produkcji węgla są wysokie i nie można ich w prosty sposób ograniczyć, nie można przecież wyłączyć pomp odwadniających czy wentylacji. W interesie firmy, jaką jest kopalnia, jest maksymalizowanie wydobycia, co obniża koszty stałe w przeliczeniu na tonę.

Pomoc państwa

Kolejny element podczas tegorocznych negocjacji cen może mieć znaczenie. Górnictwo liczyło na obiecywaną wcześniej i akceptowaną przez Unię Europejską pomoc państwa w finansowaniu inwestycji początkowych, a chodzi o kwotę 400 mln zł. Tych pieniędzy prawdopodobnie nie będzie. Mało prawdopodobne jest także, aby górnictwo w czasach panującej atmosfery kryzysu finansowego znalazło je w bankach, które mają z górnictwem różne doświadczenia. Chyba że zabezpieczeniem ewentualnych kredytów będą kontrakty z energetyką zawodową. I może to być kolejny węzeł, który powiąże polską energetykę z polskim górnictwem. Na dobre i na złe. Warto dodać od razu, że to, co zaoszczędzi polski podatnik, wyda polski konsument. A ponieważ - jak zauważa prof. Wiesław Blaschke z Politechniki Śląskiej oraz Polskiej Akademii Nauk - cena węgla to nie tylko cena energii elektrycznej, ale także wielu innych wyrobów, na przykład cementu lub szkła, może się okazać, że polski konsument wyda z tego tytułu więcej, niż wydałby polski podatnik.

60 dolarów za tonę wynosi różnica w szacowaniu cen węgla