I to nie byle jacy Amerykanie, bo Seth Harris (ekonomista z Cornell University, do niedawna zastępca amerykańskiego ministra pracy) oraz Alan Krueger z Princeton, w latach 2011–2013 główny doradca ekonomiczny prezydenta Baracka Obamy. I jeden z najbardziej znanych amerykańskich ekonomistów pracy, który wreszcie musi skończyć z Nagrodą Nobla w kieszeni. Otóż obaj panowie opublikowali tekst „Jak unowocześnić amerykańskie prawo pracy na miarę XXI w.”.

Oczywiście w Ameryce rynek pracy wygląda trochę inaczej niż u nas. Inaczej nie znaczy gorzej. Oczywiście wszyscy znamy amerykańskie filmy, gdzie szanujący się szef przynajmniej raz dziennie musi zakrzyknąć „jesteś zwolniony!”, a już w następnej scenie pracownik wkłada swoje rzeczy do kartonowego pudełka i oddala się w sobie tylko znanym kierunku. Ale w rzeczywistości amerykańscy pracownicy funkcjonują na dużo mniej dzikim rynku pracy niż ten nasz. Etat jest oczywistą konsekwencją faktycznego stosunku pracy. A nie nagrodą za dobre sprawowanie. A zewnętrzny podwykonawca (czyli taki nasz samozatrudniony) to najczęściej naprawdę samozatrudniony. A nie portier czy sprzątaczka udająca jednoosobową korporację. Na straży tego stanu rzeczy stoją silne związki zawodowe. Bo przypomnieć należy, że Ameryka to ojczyzna ruchów pracowniczych, a 1 maja (żeby było śmieszniej, obchodzony w Europie) jest pamiątką wystąpień robotników chicagowskich z 1886 r.

O pracowniczym raju mowy oczywiście nie ma. Może o trochę większej niż u nas normalności. Jednak i tam ta normalność jest w ostatnich kilkunastu latach mocno podgryzana przez bezlitosne siły rynku. Problemem, na który zwracają uwagę Krueger i Harris, jest rosnący sektor tzw. niezależnych pracowników. Lub (to nazwa rzucona przez ekonomistę Tima Taylora) chałturników. Pracowników tzw. gig economy, nazwanych tak od amerykańskiego slangowego wyrażenia gig, które oznacza zagranie koncertu przez muzyka jazzowego. Ale szybko stało się synonimem każdej pracy dorywczej. Takich chałturników jest dziś w USA ok. 600 tys. (ok. 0,4 proc. całej siły roboczej). Ich szeregi zasilają nie tylko (jak u nas) pracownicy agencji pracy tymczasowej, lecz również ludzie z telepracy lub pracy online. Albo nowych projektów opartych na tzw. ekonomii dzielenia (nazwa nieco myląca). Zbiorczo – od jeżdżących po godzinach dla Ubera po różnej maści informatyków, grafików czy konsultantów.

Zdaniem Kruegera i Harrisa ci ludzie mają pełne prawo domagać się lwiej części przywilejów, którymi cieszą się pracownicy etatowi. Powinni mieć prawo do uzwiązkowienia, ochrony przed mobbingiem, dostępu do ubezpieczeń lub funduszy socjalnych, zwrotów podatkowych, które firma gwarantuje innym pracownikom. Jedynym, co mogłoby ich odróżniać, są może nadgodziny. Bo jednak (zazwyczaj) ich czas pracy jest elastyczny. Ale reszta praw już jak najbardziej. Autorzy tekstu nie zapominają też o składkach. Proponują, by mieli wybór. Ubezpieczenie na wypadek bezrobocia płaci za nich pośrednik (np. agencja, która ich zatrudniła). Albo płacą tę składkę sami w formie podatku. Harris i Krueger powołują się na przykład Kanady, gdzie ochrona chałturników od pewnego czasu działa w sposób automatyczny. I stanowi, że jeżeli 80 proc. dochodów pracownika płynie od jednej firmy, to pracownik ma prawo do przywilejów, którymi cieszą się inni pracownicy tej firmy.

Tekst Harrisa i Kruegera oddaje stan amerykańskiej debaty o zjawisku uśmieciowienia rynku pracy. Pokazuje, jak daleko jesteśmy od pewnej cywilizacyjnej normalności. Panującej nawet w kraju tak wolnorynkowym jak Stany Zjednoczone.

Harris i Krueger powołują się na przykład Kanady, gdzie ochrona chałturników działa w sposób automatyczny. Jeżeli 80 proc. jego dochodów płynie od jednej firmy, to ma on prawo do przywilejów, którymi cieszą się inni pracownicy tego przedsiębiorstwa