W ostatni piątek niemal każdy sklep internetowy – a i wiele tradycyjnych, stacjonarnych – oferował gigantyczne przeceny. Gdyby choć połowa z ofert rzeczywiście była tak korzystna, jak wynikało z reklam, dzisiaj na ulicy mijalibyśmy wyłącznie osoby w nowych ciuchach, z nowymi telefonami, słuchających dzięki nowym słuchawkom muzyki nowo nabytej za pośrednictwem sieci. A jednak tak się nie dzieje. Bo w Polsce sklepy co prawda wprowadziły światowe zwyczaje, ale już ich realizacja przypominała bardziej świat – ale trzeci.

„Do 90 proc. przeceny”? To znaczy, że 5-proc. upust też się łapie w tych kryteriach.

„Ogromny rabat na wszystkie produkty w sklepie”? Co stoi na przeszkodzie, aby tego jednego dnia chodliwy towar wyparował z oferty, a pozostał jedynie ten, który zalega w magazynach od miesięcy?

No i najlepsze – ceny sprzed hipergigaobniżek. Nie wiem, czy państwo sobie zdają sprawę, że lokówka, którą niedawno kupiliście za 100 zł, została w przeddzień rodzimego Black Friday wyceniona na 200 zł. A to po to, by w piątek w wielkiej promocji oferowana była za 100. Tak samo telewizory. Wchodzę na stronę internetową jednego sklepu i widzę: telewizor – minus 50 proc., jedyne 1999 zł. Przed obniżką – 3999 zł. Nic, tylko brać. Albo sprawdzić cenę tego modelu w innych sklepach. Bez obniżek oscyluje wokół 2000 zł.

Polscy konsumenci są traktowani jak idioci. I najwyższy czas, by interweniował ustawodawca. Mój pomysł jest prosty: zabronić sklepom rabatów na produkty, których ceny zostały w ciągu ostatnich 30 dni podniesione. Innymi słowy, zakazać sztucznego podbijania cen tylko po to, aby za chwilę zaoferować towar w wielkiej obniżce (podczas gdy tak naprawdę produkt kosztuje tyle samo, ile kosztował).

Ale żeby skończyć optymistycznie: ja się na Black Friday obłowiłem. Kupiłem trzy piękne koszule za śmieszną kwotę. W brytyjskim e-sklepie. I trochę elektroniki. W Niemczech. Że niepatriotycznie? Co zrobić, skoro po polsku robią ze mnie idiotę?