W chwilę po ogłoszeniu wyników zapowiadanej katastrofy nie widać. Bo inwestorzy – fakt – często zachowują się w sposób impulsywny, ale mają jedną ważną cechę, której brakuje większości polityków: szanują pieniądze. Znaczenie dla inwestycji ma wcale nie to, czy rządzić będzie Beata Szydło, czy Ewa Kopacz. Bez znaczenia jest również, gdzie będzie siedział Jarosław Kaczyński – czy w fotelu pasażera, czy kierowcy. Istotne jest, jakie prawo stworzą.

A to uchwalane ostatnio inwestorom nie sprzyjało. Przykład kluczowy: ustawa o kontroli niektórych inwestycji. Zgodnie z nią minister skarbu państwa może zablokować każdą dużą inwestycję w istotnej z punktu widzenia państwa spółce. Rząd wyjaśnił, że trzeba przeciwdziałać wrogim przejęciom. Ale czy trzeba to robić tak, że minister występuje w podwójnej roli – właścicielskiej i władczej? To dowodzi, że państwo funkcjonuje na giełdzie na zupełnie innych zasadach niż przeciętni inwestorzy. Mówiąc ostrzej: lekceważy ich.

Drugi problem ostatnich miesięcy – restrukturyzacja górnictwa. Recenzując najkrócej jej efekty: wczoraj do dymisji podał się szef Kompanii Węglowej Krzysztof Sędzikowski. Odchodzi, bo nie udało mu się pozyskać inwestorów dla Nowej Kompanii Węglowej. Przypomnijmy: minister skarbu państwa kilkakrotnie zapewniał, że inwestorzy się znajdą. Miały nimi być spółki energetyczne. Efekt? NKW jak nie było, tak nie ma, za to spółki energetyczne na giełdzie zanotowały – na skutek niepewności, czy nie wejdą w nieopłacalną inwestycję – dramatyczne spadki (Tauron w ciągu roku zjechał z grubo ponad 5 zł za akcję do poziomu niewiele ponad 3 zł, a PGE z 22 zł do 14 zł).

A nowy rząd? Jeśli będzie chciał się wykazać przed obywatelami i wyciśnie trochę pieniędzy z banków – będzie dobrze. Jeżeli jednak zechce się popisać i wyciśnie zbyt wiele – skończy się równie marnie jak przygoda ustępującej władzy z ratowaniem górnictwa. Trzeba znać umiar. I oby tego umiaru dla wszystkich wystarczyło. Szkopuł w tym, że jest on niestety towarem deficytowym.