Mogę służyć przykładem jako osoba wyrzucona niegdyś w nader spektakularny sposób z roboty przez samego premiera. Szef rządu podzielił się swym szczęściem w świetle kamer, za to przed wypuszczeniem raportu giełdowego (przez spółkę publiczną!).

Inna rzecz: pewnie w życiu nigdy już mi się nie zdarzy zostać zwolnioną za wynegocjowanie dla zarządzanej spółki (a więc i akcjonariuszy) 6 mld euro. No i jest co opowiadać – w formie anegdoty dla potomnych.

Z czasów zakończonych w 2012 r. sukcesem renegocjacji kontraktu jamalskiego (które były prowadzone przez ówczesny zarząd PGNiG, za to bez udziału trzymających się z daleka od tak śmierdzącego jaja polityków, z wyjątkiem ministra skarbu) pamiętam jedno. Chęć wydawania zarządom różnych przykazań, zaleceń i nakazów od „najwyższych czynników”, przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek chęci do brania odpowiedzialności za wymuszane działania lub decyzje.

Z perspektywy czasu ośmielę się twierdzić, że tamte negocjacje zakończyły się sukcesem, bo politycy – nie wierząc w ich powodzenie – trzymali się od rozmów z daleka. Efektem była prawie 30-proc. obniżka ceny gazu i zmiana formuły rozliczeniowej z Gazpromem (co do dzisiaj widać po wynikach PGNiG i spadających cenach zakupu gazu). Gdy podpisanie aneksu z obniżkami stanęło pod znakiem zapytania, politycy zapadli się pod ziemię. Sytuacja zrobiła się kryzysowa. Cały zarząd podjął w pełni świadomą decyzję, że pracujemy dla dobra spółki i jej pracowników. Choćby miano nas później wyrzucić z roboty. Co zresztą nastąpiło. Tyle że z opóźnieniem.

W tamtych czasach sukces mógł mieć tylko jednego ojca i odstępstwo od tej reguły nie mogło zostać wybaczone.

Historia lubi się powtarzać. Nie bez przyczyny opisuję zdarzenie sprzed kilkunastu miesięcy. Podobnej presji w tej chwili są poddawani prezesi spółek energetycznych, którzy, nawet wbrew logice ekonomicznej swoich firm, mają przeznaczyć niebagatelne środki finansowe na cele typowo polityczne, czyli ratowanie górnictwa.

Zmienianie rad nadzorczych jedynie po to, żeby wywrzeć większą presję albo wręcz zmienić zarząd. Próby odwołania prezesów kierujących się interesem zarządzanych firm, a nie polityków – to wszystko dzieje się na naszych oczach od kilku tygodni.

Kuriozalna historia z próbą odwołania prezesa jednego z największych banków, gdzie – najwyraźniej pod presją opinii publicznej – odkręcano podjętą wcześniej decyzję o „dekapitacji”, nie buduje autorytetu Skarbu Państwa jako właściciela.

Takie działania są niezwykle szkodliwe dla spółek i ich pracowników, bo je po prostu destabilizują. Wystarczy też prześledzić zmiany kursów akcji firm z sektora energetycznego i bankowego, żeby zobaczyć wymierny efekt kadrowych gier i zabaw.

Przysłowiową wisienkę na torcie dostaliśmy jednak wczoraj. Dymisja prezesa LOT Sebastiana Mikosza najlepiej pokazuje totalny bezwład panujący wśród zarządzających państwowym majątkiem ministrów. Nie dziwi mnie decyzja Mikosza o rezygnacji z dalszej pracy w sytuacji, gdy problemem nie jest pozyskanie inwestora, ale podjęcie przez właściciela decyzji w okresie wyborczym.

To przykre, że strach przed tradycyjnym lamentem opozycji o wyprzedaży rodowych sreber jest silniejszy od racjonalnego działania w interesie spółki. Niepoważne potraktowanie inwestora nie zachęci do inwestowania w Polsce. I nie przyciągnie potrzebnego nam kapitału oraz nowych technologii.

Stare przysłowie mówi, że lepsza jakakolwiek decyzja niż jej brak. Niestety czas wyborczy rządzi się swoimi prawami, co z efektywnym zarządzaniem majątkiem państwowym przez decydentów nie ma nic wspólnego. Martwi to, że w tej materii nadal nic się nie zmienia.