Rada gminy, wójt oraz mieszkańcy kaszubskiej gminy Sierakowice zadają sobie to pytanie od 11 lat. Pierwsza próba otwarcia w miasteczku dyskontu miała bowiem miejsce w 2004 r. Wtedy powiedzieli stanowcze „nie”. Takich inwestycji nie przewiduje też ich lokalny plan zagospodarowania przestrzennego. Ale „żarłoczny owad”, jak mówią o niechcianej sieci, nie rezygnuje. Zanosi się na to, że – mimo ich sprzeciwów – wkrótce zostanie otwarty. Dostanie się do Sierakowic niejako tylnymi drzwiami.

Gmina ma 19 tys. mieszkańców, z czego w samych Sierakowicach mieszka 7 tys. W mediach ogólnopolskich pojawia się regularnie jako rekordzistka naszego przyrostu naturalnego. Nigdzie indziej nie rodzi się aż tyle dzieci. Rodziny dwa plus sześć to w Sierakowicach normalka. Średnia to dwa plus cztery. I, co najważniejsze, wielodzietność nie czyni z nich klientów opieki społecznej. Radzą sobie sami, i to całkiem nieźle. Dlatego bardzo zależy im na tym, żeby nikt z zewnątrz tego nie zmieniał.

Co wspólnego miałyby z tym ewentualne dyskonty? Bardzo dużo. Bo w tej niedużej gminie kaszubskiej, położonej w powiecie kartuskim, co dziesiąta osoba jest przedsiębiorcą. Na terenie gminy zarejestrowanych jest 1,2 tys. małych firm, głównie budowlanych. Każdego dnia rano, o 4.30 dwieście brygad wyrusza na Wybrzeże do pracy. Wracają o 19. Pracują w Ustce, Łebie, Słupsku, Kościerzynie, Trójmieście. I to wcale nie dopiero od 25 lat, ale od zawsze. Dłużej niż pamiętają najstarsi. Zawsze byli pracowici, na efekty także nie narzekali.

W zamożnej gminie nietypowa jest także liczba małych sklepów. W samych Sierakowicach jest ich 150, na terenie gminy – 170. I targowisko, na którym zakupy robią mieszkańcy wielu sąsiednich gmin. Co takiego jest w tych sklepikach, że warto do nich przyjeżdżać z daleka? – Wszystko miejscowe – zapewnia wójt Tadeusz Kobiela. Kurczaki z miejscowych ferm ubijane są w miejscowych ubojniach i na miejscu przerabiane na wędliny i garmażerkę. Podobnie jak sery i cała spożywka. Smakują inaczej niż tanie wyroby w dyskontach. To, co tutaj zostanie wyprodukowane, na miejscu będzie przerobione i sprzedane. Świeże.

I mieszkańcy chcą, żeby tak pozostało. Boją się, że w momencie, gdy zagnieździ się u nich wielka sieć, to – tak jak gdzie indziej – nie będzie kupować od małych dostawców, ale od wielkich koncernów. Skończy się w Sierakowicach dobrobyt, małe sklepy zaczną plajtować, wielu mieszkańców straci źródło utrzymania. Dokładnie tak, jak dzieje się dziś w całym kraju.

W czym problem? Po to mamy w kraju samorządność, po to co cztery lata wybieramy władze lokalne, żeby prowadziły taką politykę lokalną, jakiej sobie życzą ich społeczności. Okazuje się, że niekoniecznie. Władze i mieszkańcy kaszubskiej gminy Sierakowice nie są w stanie otwarcia Biedronki w ich gminie zablokować. Wchodzi do miasteczka tylnymi drzwiami. Ponieważ plan miejscowego zagospodarowania przestrzennego nie przewiduje budowy żadnych supermarketów, sieć wynajęła pomieszczenia od właściciela byłych delikatesów. Nie narusza planu, bo w tym miejscu był handel i będzie handel. Tyle że na dużo większą skalę. Plany rozbudowy zaakceptował starosta kartuski, nie informując nawet o tym zainteresowanych, czyli gminy.

Wieść o tym, że na rynku w Sierakowicach otwiera się dyskont, dotarła do miasteczka pocztą pantoflową. Starosta kartuski na protesty samorządu pozostaje głuchy. Wójt usłyszał, że w tej sprawie gmina nie jest nawet stroną. Więc gmina odwołała się do wojewody. – Co ma zrobić samorząd lokalny, żeby szanowano jego prawo do ważnych dla mieszkańców decyzji? – pytam w urzędzie wojewody pomorskiego. – To nie jest pytanie do wojewody – słyszę w odpowiedzi. Po co nam więc samorząd? Jak się zastanowić, to i wojewoda niepotrzebny.