Dzięki zbliżonym do siebie konserwatywnym, prawicowym poglądom nastolatkowie szybko znaleźli wspólny język. – Przy okazji referendum okazało się, że w kwestii spojrzenia na tematykę unijną wyraźnie różnimy się od kolegów z klasy – wspomina Szopa i dodaje, że dyskusje nad ideą Wspólnoty często kończyły się awanturą. – Byliśmy sfrustrowani tym, że kilkanaście lat po odzyskaniu niepodległości dobrowolnie chcemy zrezygnować z suwerenności – tłumaczy Iwański.

Po liceum drogi Szopy i Iwańskiego się rozeszły. Na 7 lat. Szopa marzył o tym, by zostać prawnikiem, i swoje marzenie spełniał, studiując na Uniwersytecie Warszawskim. Choć deklaruje, że ani przez chwilę nie żałował wyboru kierunku studiów, do dziś nie pracował w wyuczonym zawodzie. Po obronie pracy magisterskiej zatrudnił jako handlowiec w firmie farmaceutycznej. Rok po roku piął się w górę, na coraz wyższe stanowiska. I wspinałby się pewnie do dziś, gdyby po wielu latach na jego drodze ponownie nie pojawił się kolega z liceum. Zanim tak się stało, Iwański ukończył wzornictwo przemysłowe na Akademii Sztuk Pięknych. Nie był to wybór przypadkowy, bowiem identyczny kierunek studiował jego ojciec. Jak sam przyznaje, zadatki na projektanta miał od dziecka. Zawsze szukał okazji, by zrobić coś twórczego, a w czasach szkolnych pasjonowało go graffiti. Po czterech latach licencjatu, podobnie jak Szopa, długo szukał pomysłu na siebie. Najpierw wspólnie ze znajomym otworzył małe studio projektowe. Następnie próbował szczęścia na etacie w agencji reklamowej. Po sześciu miesiącach zrezygnował i oddał się projektom freelancerskim.

Znajomość odświeżyli dzięki Facebookowi. – Paweł wrzucał na tablicę patriotyczne i mocno konserwatywne treści, bliskie mojemu światopoglądowi. Napisałem do niego, wymieniliśmy się telefonami i potem wszystko potoczyło się błyskawicznie – mówi Iwański. Na spotkaniu po latach ustalili, że w mediach społecznościowych stworzą profil, na którym regularnie będą umieszczać grafiki patriotyczno-historyczne oraz wolnorynkowe i piętnujące absurdy obecnego ustroju. W taki sposób w 2012 r. powstało Red is Bad. Projekt na początku nie przewidywał generowania dochodów, nie wspominając nawet o założeniu linii odzieżowej. Wszystko robiliśmy po godzinach pracy, dla przyjemności i z chęci zmienienia czegoś – wspomina Szopa. Chodziło o edukację i wyrażanie siebie za pomocą grafik, z krótkim, ale bardzo treściwym przekazem. Jedna z nich, zawierająca fakty ze stanu wojennego, zrobiła furorę w internecie. – Mieliśmy wtedy 400 lajków, a motyw udostępniło prawie tysiąc użytkowników. To dało nam do myślenia – mówi Jakub Iwański. Grafiki pojawiały się na stronie codziennie. Szopa zajmował się stroną merytoryczną, Iwański artystyczną. W ciągu pół roku liczba polubień wzrosła do 15 tys., a na skrzynkę pocztową zaczęły trafiać pierwsze prośby o przenoszenie projektów na koszulki. Znajomi postanowili zaryzykować i na początek zainwestowali ok. 10 tys. zł. – Na tamten okres to była dla nas naprawdę poważna kwota – podkreśla Paweł Szopa.

Mimo trudności z finansowaniem start był znakomity. W ciągu półtora miesiąca sprzedali sto koszulek, a za następnymi ustawiała się kolejka chętnych. Klienci chwalili jasny przekaz i hasła łamiące tematy tabu. To motywowało do pracy. – Cieszyło nas to, że bezkompromisowe podejście do tematyki patriotyzmu i historii – nie zawsze łatwej – spotykało się z entuzjazmem. W Red is Bad od samego początku nie kalkulujemy. Nie zastanawiamy się, czy treść się komuś spodoba. I ta szczerość działa na ludzi – podkreśla Jakub Iwański.

Na początku przy małych ilościach ubrań funkcję zaplecza pełnił pokój Pawła. Z czasem okazał się jednak za ciasny, dlatego wspólnicy zdecydowali się wynająć niewielki magazyn na warszawskim Annopolu. Z miesiąca na miesiąc liczba zamówień rosła, a Iwański i Szopa nabierali doświadczenia w projektowaniu i szyciu. Zdecydowali jednak, że bez względu na koszty produkcję zostawią w Polsce. I gdy biznes nabierał rozpędu, a duet mógł już myśleć wyłącznie nad poszerzaniem swojej oferty, pojawiła się nieoczekiwana przeszkoda. Do skrzynki pocztowej trafiły listy zawiadamiające o wykryciu niedozwolonych klauzul w regulaminie sklepu internetowego. Adresat wiadomości zażądał od wspólników kilku tysięcy złotych. Jak się później okazało, był to element procederu zastraszania sklepów internetowych i wyciągania od nich pieniędzy. Po kilku tygodniach firmie wytoczono aż 74 sprawy sądowe. Polecona prawniczka postanowiła wezwać adresatów pozwów jako świadków do sądu. Okazało się, że po tej prośbie prawie wszyscy wycofali zaskarżenia. Większość ludzi nawet nie wiedziała, że kogoś pozywa, a sprawa była szyta grubymi nićmi. Do dziś nie wiadomo, komu zależało na kłopotach Red is Bad.

Szczęśliwy finał sądowej batalii pozwolił wspólnikom na ponowne zaangażowanie wszystkich sił w rozpoczęty projekt. Firma systematycznie się rozwija, a o sukcesie świadczy regularne powiększanie powierzchni magazynowej i zatrudnianie kolejnych pracowników. Danych finansowych spółka nie chce ujawniać, ale jeszcze w ub.r. koledzy z liceum radzili sobie sami, a dziś w zespole pracuje siedem osób. W Warszawie rozpoczął pracę pierwszy sklep stacjonarny. Czekają tu nie tylko koszulki, ale i bluzy, czapki, smycze i inne akcesoria. Sprzedaż kwitnie także w internecie, a firma planuje otwarcie kolejnych sklepów stacjonarnych w Krakowie i we Wrocławiu.

Zaczynali od grafik na Facebooku. Dziś otwierają sklepy w sieci i realu