Nie tak dawno nasz rząd głośno marzył o tym, żeby przynajmniej kilka polskich wielkich spółek zaliczyć do grona narodowych czempionów (słowo zgodnie z tymi intencjami piszę spolszczone). Ta retoryka wprawdzie ustała, ale pewnie niebawem się odrodzi, gdyż mamy sezon wyborczy.

Powiedzmy od razu – nasi politycy nie są ani pierwszymi, ani ostatnimi, którym się wydawało lub wydaje, że rozrost krajowych firm jest korzystny i dla państwa, i dla społeczeństwa. Politycy myślą tak w zasadzie wszędzie na świecie, choć rzeczywistość pokazuje, że ich gospodarczy nacjonalizm przynosi niejednokrotnie opłakane skutki.

Postępowanie polityków przypomina trochę hodowlę sportowych „championów” (tu celowo obca pisownia) w dawnej Niemieckiej Republice Demokratycznej. Tylko że jest znacznie bardziej kosztowne. Gospodarcza erytropoetyna jest droższa niż jakikolwiek inny rodzaj koksu. Za rzekome umacnianie międzynarodowej pozycji państwa poprzez aplikowanie zastrzyków krajowym firmom płacą zazwyczaj podatnicy.

Przykładem spektakularny rozrost sektora bankowego w Europie, a szczególnie po 2000 r., co zbiegło się z wprowadzeniem euro. Rządzący w całej Unii, widząc, iż formalnie tracą suwerenność i wpływ na politykę pieniężną, starali się go zachować i wprowadzać kuchennymi drzwiami poprzez wspomaganie rodzimych banków.

Polityczne wsparcie, ukryte dotacje, krajowy nadzór przymykający oczy na nadmierne ryzyko przy oczywistej chęci zagwarantowania sobie bezproblemowego zbytu na dług – wszystko to sprawiło, że urosły kolosy na glinianych nogach. Liczne z nich już padły, a podatnicy już zapłacili. Znany ekonomista Nicolas Veron ze słynnego brukselskiego Instytutu Bruegla nazywa tę epokę bankowym nacjonalizmem.

Można mieć pewne podejrzenia, że największym problemem strefy euro było to, iż nikt z uczestników nie traktował tego projektu poważnie. Owszem, wspólna waluta tak, niech nawet jakiś Europejski Bank Centralny ma nad nią kontrolę. Ale nad rzeczywistą kreacją pieniądza pozwolimy czuwać tylko naszym bankierom, naszym (czyli polityków) przyjaciołom. Dlatego nasze banki muszą być wielkie, żeby jakieś obce nie bruździły nam na naszym podwórku. Rządy wspierały powstanie i wzrost megabanków, „narodowych championów”, by te mogły stawać do konkurencji z bankami zagranicznymi.

Dlaczego? Taka była – a pewnie jest jeszcze – mentalność polityków, oparta na koncepcji gry o sumie zerowej. Jeżeli tamci zyskają, to my stracimy. Ponieważ chcemy zyskać, więc partnerzy ze strefy euro muszą stracić, w czym pomóc mogą nam nasze banki. Stąd wyścig w hodowli wielkich instytucji podszyty – jak się okazało – zgubnym, choć skrzętnie skrywanym nacjonalizmem.

Przyjaciele polityków – bankierzy – wymknęli się spod ich kontroli. Owszem, grzecznie kupowali papiery dłużne, na własną zgubę, ale ochoczo transferowali pieniądze niekoniecznie tam, gdzie przynosiło to społeczeństwom jakiekolwiek korzyści. Dzięki takiemu przyzwoleniu banki francuskie czy niemieckie napompowały bańki na rynkach nieruchomości w Hiszpanii i Irlandii. Austriackie i włoskie – na Węgrzech, w Rumunii, Chorwacji czy w Polsce. Tak, tak, temu właśnie frankowicze zawdzięczają swoje kłopoty.

Polskę szczęśliwie bankowy nacjonalizm ominął, czemu być może zawdzięczamy odporność naszego kraju na kryzys finansowy. Choć w pewnej formie trafił do nas w postaci kredytów we frankach jako efekt zaborczej eksplozji nacjonalizmów bankowych w innych państwach i ich snów o potędze.

Mimo to trzeba bardzo ostrożnie przyglądać się politykom, którzy mówią o narodowych czempionach. W Polsce do takich należą spółki energetyczne czy paliwowe. Za istnienie tych oligopoli narzucających nie tylko absurdalnie wysokie rachunki gospodarstwom domowym, ale przede wszystkim zwiększających koszty całej gospodarki, płacimy wszyscy.

Cała Unia prosi się teraz o inwestycje zagraniczne, byleby tylko przywróciły efektywność gospodarce. Państwowe czy strukturalne monopole, srebra rodowe w swoich krajach, będą wyprzedawane niejednokrotnie za bezcen. Takie efekty daje gospodarczy nacjonalizm, którego ten bankowy był tylko najbardziej skrajnym przejawem. ©?