Weźmy urzędy skarbowe. Pewien czas temu do znajomego przedsiębiorcy prowadzącego średniej wielkości firmę produkcyjną zadzwoniła skarbówka. Pani w słuchawce była miła, kulturalna, ale miała wątpliwości dotyczące wyliczonej kwoty podatku. Przedsiębiorca też miał wątpliwości, z tym że co do jej wyliczeń, więc umówili się na spotkanie. Na konkretny dzień i konkretną godzinę. Gdy przyszedł, nie musiał czekać, to urzędniczka czekała na niego. Przeanalizowali wspólnie wyliczenia, przedsiębiorca pozostał przy swoim, urząd skarbowy też, więc sprawa rozstrzygnęła się w kolejnej instancji. – Ale nie to jest w tej sprawie najważniejsze – mówił mi przedsiębiorca – tylko sam fakt, że było tak normalnie. Jak powinno być.

Inny przykład: przedsiębiorca nieświadomie zaznaczył błędny formularz w przelewie internetowym do skarbówki. Zamiast VAT7 – VAT7D. Po kilku dniach od przelewu dzwoni urzędnik. „Chciałem się upewnić, czy się pan nie pomylił”– zagaja. „Pomyliłem się” – przyznaje przedsiębiorca. „To proszę napisać e-mail z taką informacją, my to przeksięgujemy, by nie musiał się pan fatygować” – słyszy podatnik. Po tym telefonie długo dochodził do siebie. By nie musiał się fatygować? On?

Nie podaję tych przykładów dlatego, że planuję aplikowanie na urzędnika skarbowego. Ale w razie potrzeby służę kolejnymi. Mam nawet przekonanie, że większość czytelników mających styczność ze skarbówką potrafiłoby podobnymi sypnąć jak z rękawa. A jednak gdy spytać Polaków – przedsiębiorców, podatników – o ich stosunek do urzędów skarbowych, odpowiadają zazwyczaj: tragedia. Powtarzają dokładnie to, co mówili dwadzieścia, piętnaście lat temu, nie zauważając, że żyją w innym świecie. A jeśli poprosić ich o przykłady, zawsze mają na podorędziu Romana Kluskę, spektakularnie aresztowanego pod zarzutem wyłudzenia VAT, jak się później okazało, zupełnie bezprawnie. Tylko że to sprawa sprzed 12 lat!

Podobne problemy ze zrozumieniem, że zmiany wymagają nowego spojrzenia, mamy w przypadku edukacji. Wiemy, że uczniowie inaczej przyswajają dziś wiedzę niż kiedyś. Są bardziej wielofunkcyjni, czerpią informacje z wielu źródeł, robiąc w tym samym czasie wiele rzeczy. Szkoła tego nie widzi. Pedagogika zatrzymała się w połowie dwudziestego wieku i zdobycze ówczesnej metodyki traktuje jako stałe i niezmienne. Dalej pani (rzadziej pan) przy tablicy opowiada dzieciom, co opowiedzieć trzeba, dzieci notują, nauczyciele odpytują, uczniowie piszą sprawdziany, klasówki i wszyscy udajemy, że to system najlepszy z możliwych. A jeśli dyskutujemy o szkolnictwie, to o Karcie nauczyciela, jakby socjalne problemy pedagogów miały być probierzem jakości nauczania. Nie są i nie będą.

Jeszcze jeden przykład: kult ciągłego wzrostu gospodarczego. Kiedy piętnaście lat temu kupowałem swój pierwszy nowy samochód, kosztował trzydzieści kilka tysięcy złotych. Dziś samochód tej samej klasy, o niebo lepiej wyposażony i komfortowy, kosztuje niespełna czterdzieści. Piętnastoletni wzrost cen wyniósł ok. 10 proc. W tym czasie średnie pensje w Polsce wzrosły z 1923 zł do prawie 3982 zł obecnie. Czyli o 100 proc. Podobnie jest z cenami ubrań. Spadają, bo spadają koszty produkcji i jakość. Towary są gorzej wykonane, bo muszą być tanie. A żeby były tańsze, muszą być jeszcze gorszej jakości. Ten samonapędzający się mechanizm ma swoje podłoże w wierze, iż możemy się bogacić bez końca. Zawsze będzie rosnąć produkcja, zawsze będzie rosnąć PKB. Nie będzie, czego świat ciężko doświadczył w ostatnich kilku latach. To jest właśnie podstawowy problem naszej gospodarki, nad którym powinniśmy się wspólnie zastanowić.

Skąd w nas ten opór przed przyglądaniem się sprawom na nowo? Dlaczego uznajemy, że recepty wypracowane lata temu zadziałają także dziś? Co prawda psychologia dość szczegółowo opisuje, na czym polega schematyczne myślenie, gdy wszelkie uogólnienia pomagają nam w organizacji świata i uzupełniają braki w wiedzy na tematy, na które chcielibyśmy mieć własne zdanie, ale przecież rozwój nauki polega na nieustannym podważaniu prawd zastanych. Problem jest o tyle bardziej skomplikowany, że dotyczy także tych wielkich. Leszek Balcerowicz 25 lat temu skorzystał z recept, które wtedy zadziałały. Ale wciąż żyje w przekonaniu, że skoro zadziałały wtedy, muszą też zadziałać dziś. Inny świat, inna gospodarka, inna Polska, inne społeczeństwo, a recepty niezmienne.

Lista spraw, nad którymi trzeba się zastanowić na nowo, jest długa. Od systemów emerytalnych, skrojonych na potrzeby społeczeństw z wysokimi wskaźnikami demograficznymi, przez służbę zdrowia, organizowaną na potrzeby ratowania życia i zdrowia, a dziś skupioną na tego życia przedłużaniu, po rynek pracy, na którym ludzie i ich umiejętności nie są już największym kapitałem. Jest wspomniana edukacja, jest archaiczny transport, jest energetyka nieprzyjmująca do wiadomości, że miliardy ton kopalin, które jeszcze możemy wydobyć, to zbiór zamknięty i prawdopodobieństwo, że w jakiś cudowny sposób się on powiększy, wynosi równe zero.

Moja córka po kilku dniach wróciła do tematu. Gdy już przetrawiła różnicę między konserwatyzmem a lewicą, zapytała, co w takim razie myślimy o tegorocznym wyjeździe na festiwal Open’er i jej w takowej ekspedycji uczestnictwie. Bo co myśleliśmy tydzień i miesiąc temu, to ona dobrze wie, ale przecież świat się zmienia, więc może i nasze odpowiedzi również.

I jak tu nie wierzyć postęp?