„Liderzy jedzą na końcu” to właśnie jedna z takich książek. Jej autorem jest 42-letni nowojorski konsultant i wykładowca Simon Sinek. A zatem przedstawiciel raczej młodszego pokolenia wśród amerykańskich motywacyjnych guru. Jak przystało na „młodego wilka”, Sinek przynosi z sobą powiew świeżego idealizmu. Niby nic bardzo odkrywczego nie pisze. Po prostu dowodzi, że w pracy nie warto być cynikiem indywidualistą. Takim, co to nikomu w pełni nie zaufa (bo po co odkrywać karty, a nuż ktoś to wykorzysta przeciwko mnie), nie weźmie odpowiedzialności za nikogo poza sobą samym. Ze szkodą dla organizacji, w której kultura cynicznego indywidualizmu łatwo stanie się normą postępowania. Owszem, taka organizacja może i będzie odnosiła sukcesy, ale nigdy nie osiągnie pełni potencjału, do jakiego by mogła pretendować.

Jak to zmienić? Tu znowu czytelnik nie przeżyje poznawczego szoku. Bo Simon Sinek nie wyrzuci go na zupełnie nową, nieznaną wcześniej orbitę. Nie otworzy mu też trzeciego oka. Autor zaproponuje raczej powrót do tego, co doskonale znane. A więc odkurzenie kilku wartości, we współczesnym świecie trochę zapomnianych i uznanych za przaśne. Będzie więc lansował altruizm, poświęcenie i widzenie dalej niż tylko czubek własnego nosa. Wychowany na obyczajowym liberalizmie i w kulcie samorealizacji czytelnik szybko poczuje się pewnie trochę skołowany. No bo czy ten Sinek nie argumentuje, jak jakiś nawiedzony kaznodzieja? Jeszcze chwila i zacznie cytować co bardziej kolektywistyczne fragmenty Ewangelii. „Jedni drugich brzemiona noście” i tak dalej. Albo ta jego nieskrywana fascynacja tradycyjnymi wartościami, takimi jak honor i odpowiedzialność za podwładnych. Nie, do takich rzeczy współczesny czytelnik biznesowych poradników absolutnie nie nawykł.

Nie wiem, czy filozofia przywództwa głoszona przez Simona Sinka jest prawdziwa. I – co pewnie ważniejsze – nie wiem, czy może okazać się skuteczna w biznesowej praktyce. Obserwując jednak polską kulturę korporacyjną, mam wrażenie, że zaszczepienie i u nas takiego myślenia na pewno by nie zaszkodziło. A może nawet pomogło. Choćby szefom, którzy uważają, że dobry pracownik to zastraszony pracownik. Indywidualistom dowodzącym, że co dobre dla jednostki, musi być dobre dla całej organizacji. Albo menedżerom, którzy mają w zwyczaju zaczynać rozmowę od następującego stwierdzenia: „Filozofia naszej firmy jest oparta na wartościach. Najważniejsza z tych wartości to wartość naszych akcji na giełdzie”.