Dlaczego coraz więcej ludzi próbuje swoich sił w maratonie? Słyszałem już wiele rozwiązań tej zagadki naszych czasów. Ale ostatnio wpadłem na wyjaśnienie marksistowskie. Całkiem sensowne.

To wyjaśnienie podrzucił w jednej z brytyjskich gazet dziennikarz sportowy (i były pingpongista) Matthew Syed. Powiedział mniej więcej tak: żyjemy w świecie, w którym wysiłek oddzielił się od nagrody. Kiedyś ludzie polowali, zbierali i budowali, a efekty ich działań szybko stawały się widoczne i mogły zostać skonsumowane. Związek pomiędzy potem a plonem był oczywisty. I dawał ten specyficzny rodzaj samozadowolenia, polegający na tym, że oto zabieramy się do czegoś i po kilku godzinach (dniach, tygodniach) stajemy wobec swojego „dzieła”. I dziś po przebiegnięciu maratonu też możemy, jak dawniej, opaść z zadowoleniem na krzesło, otworzyć puszkę piwa i pomyśleć: no stary, natyrałeś się, ale przynajmniej widać efekty.

Niestety we współczesnym świecie tylko niewielu z nas może powiedzieć, że ma szczęście tak pracować. Większość zarobkuje jak robotnik w opisanej przez Adama Smitha fabryce szpilek. Jest specjalistą od toczenia łebków, jest człowiek od szpikulca, jest taki, co łączy jedno z drugim. A może sytuacja jest jeszcze gorsza. Bo o ile w tej opisanej przez Smitha XVIII-wiecznej protofabryce dało się jeszcze od biedy prześledzić cały łańcuch produkcji, o tyle we współczesnych korporacjach – nierzadko międzynarodowych albo poddanych daleko idącemu outsourcingowi – ten łańcuch jest tak nieznośnie długi, że nawet nie warto próbować. W tej sytuacji nic dziwnego, że takie rzeczy jak maraton mogą być jakby powrotem do czasów, gdy wszystko było prostsze.

Mój ulubiony brytyjski bloger, doradca inwestycyjny i ekonomista Chris Dillow, nie byłby sobą, gdyby nie skojarzył opisanego tu mechanizmu z Karolem Marksem. Dziś Marksa w Polsce raczej nikt nie czyta (a i za komuny czytało pewnie niewielu). Ale ci, co się na pisarstwie trewirczyka choć trochę wyznają, wiedzą, że chodzi tu o tzw. alienację pracy. Bo to nie jest tak, że Marks z jakichś niejasnych powodów nienawidził systemu kapitalistycznego, który na jego oczach (połowa XIX w.) nabierał rozpędu. Marksa kapitalizm trochę fascynował, ale jeszcze bardziej przerażał. A jedną z podstawowych obaw była właśnie wizja pracownika zaprzęgniętego w tryby dobrze naoliwionej nowoczesnej maszyny. Taki pracownik (nieważne czy w XIX-wiecznej przędzalni, czy XXI-wiecznej firmie headhunterskiej) był właśnie ofiarą alienacji. Czyli wyprania pracy zawodowej z możliwości samorealizacji, doskonalenia i czerpania jakiegokolwiek głębszego zadowolenia poza tym czysto finansowym. I właśnie dlatego Marks kapitalizm krytykował. Widząc w nim system odbierający nam cząstkę człowieczeństwa.

Co ciekawe, dziś krytyka alienacji (oczywiście nie tak nazwana) tu i ówdzie w korpoświecie się pojawia. W literaturze menedżerskiej jest wiele książek piętnujących złe zarządzanie, które nie daje pracownikom niemal żadnego poczucia, że w firmie coś od nich zależy. Z kolei brak autonomii w miejscu pracy często bywa wymieniany jako czynnik mocno wpływający na niskie zadowolenie z życia po stronie pracownika. Co przekłada się z kolei na niższą wydajność, na której przecież każdej firmie zależy. Ta dyskusja rzadko przekłada się jednak na szersze postulaty o znaczeniu politycznym. Bo przecież można sobie wyobrazić, że jakaś siła polityczna zbiera wyborczy kapitał na obietnicy poprawy warunków pracy i lepszego (to znaczy minimalizującego alienację) zarządzania. To się jednak na razie nie dzieje. A szkoda.