Ileż to razy można przeczytać lub usłyszeć, że rządowy pomysł będzie kosztował ileś tam milionów lub miliardów. Kogo kosztował? Oczywiście podatników. Czyli nas. Ale to nieuprawnione uproszczenie. Bo większość tego, co przedstawiamy w debacie publicznej jako koszt, to w rzeczywistości transfer. Podwyżki emerytur to koszt po stronie budżetu, ale zysk uprawionych do świadczenia oraz ich rodzin. Inny przykład – ewentualne ozusowanie umów śmieciowych to spory koszt dla pracodawców, ale zysk budżetu. Nie tylko w postaci wyższych składek, ale w długim okresie również pracujących na nieco pewniejszych warunkach pracowników. Albo państwowe budownictwo mieszkaniowe. A więc gałąź państwa dobrobytu u nas w III RP mocno niedomagająca, ale w wielu zachodnich krajach niezwykle ważna. Owszem kosztuje budżet państwa. Ale może przynieść zysk w postaci wpływów za wynajem (zwłaszcza w czasach bardzo taniego kredytu) i rozwiązywać wiele miejskich konfliktów społecznych.

Oczywiście transfer jak to transfer. Zawsze jest przesunięciem od jednych do drugich. I ci, którym się zabiera, mają prawo czuć z tego powodu dyskomfort. Ale żeby zachować pewne proporcje, należy unikać zbyt szerokich kategorii. I mówienia, że kosztuje nas wszystkich i wszyscy na tym stracimy. Jedni stracą, a inni zyskają. Inne będą zyski w krótkim, a inne w długim okresie. Oczywiście o jednych kosztach dowiemy się łatwiej, bo ci, którzy je poniosą (na przykład pracodawcy), mają większe możliwości wypłakania się w rękaw mediów. Dużo trudniej natomiast usłyszeć będzie o kosztach transferu, którym była likwidacja trzeciej stawki PIT.

Pamiętajmy, że opinia publiczna najczęściej myli koszt z obciążeniem. Łatwo będzie wyliczyć, że rząd dopłaci do utrzymania kopalni tyle i tyle. Jednak nigdy nie dowiemy się, ile wyniosą szeroko rozumiane zyski społeczne takiego posunięcia (brak bezrobocia strukturalnego) oraz tego, że bardzo prawdopodobnie przewyższą one te widoczne na pierwszy rzut oka koszty.

Jest jeszcze inne wcielenie tego samego problemu. Brytyjski ekonomista i publicysta Chris Dillow nazywa je „pułapką finansów publicznych”. Wpadamy w nią za każdym razem, gdy utożsamiamy stan finansów publicznych (dług publiczny, deficyt) z kondycją gospodarki narodowej. Na przykład myśląc, że im bardziej zrównoważony budżet państwa, tym zdrowsza gospodarka i tworzące ją gospodarstwa narodowe. Wychodząc z takiego punktu, faktycznie można odnieść wrażenie, że gdyby tylko przykręcić kurek tej państwowej maszynie do wydawania pieniędzy podatników, natychmiast gospodarce by się poprawiło. Śpieszę jednak dowieść, że nie ma na to żadnego dowodu. Bo często bywa odwrotnie. I zazwyczaj gdy rząd próbuje równoważyć finanse publiczne, to tnie wydatki. A to z kolei sprawia, że wiele gospodarstw domowych musi się zadłużać, żeby zrealizować swoje potrzeby. Zdrowotne, mieszkaniowe albo edukacyjne. A czy gospodarkę złożoną z horrendalnie zadłużonych gospodarstw domowych można uznać za zdrową?

Obejrzyjmy więc jeszcze raz „Rejs” Piwowskiego. I przypatrzmy się tej scenie. Która pokazuje, że szanowny inżynier Mamoń to postać dosyć groteskowa. Ot, mądrala, który uważa, że pozjadał wszystkie rozumy, a tak naprawdę potrafi dostrzec tylko koniuszek własnego nosa. Dlaczego mamy być takimi Mamoniami, gdy przychodzi do rozmowy o gospodarce?