Przed czwartkowym spotkaniem kartelu OPEC w Wiedniu świat jak zwykle spekulował: zmniejszą wydobycie czy nie? Ostatecznie dwunastu członków organizacji zdecydowało się utrzymać produkcję na dotychczasowym poziomie 30 mln baryłek dziennie. Po ogłoszeniu komunikatu cena ropy typu Brent spadła do 72 dol. za baryłkę, osiągając poziom niewidziany od sierpnia 2010 r. Notowania amerykańskiej ropy WTI spadły zaś w piątek o ponad 6 proc., do 69 dol. za baryłkę.

Członkowie kartelu zdają sobie sprawę, że znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Kontrola nad jedną trzecią światowego wydobycia nie daje im już takiego wpływu na globalny rynek, jak jeszcze sześć lat temu, kiedy ceny ropy zaczęły pikować pod wpływem kryzysu finansowego. OPEC zdecydował się wtedy zmniejszyć wydobycie o 4,2 mln baryłek dziennie, dzięki czemu spadek ceny udało się zatrzymać na poziomie 37 dol. za baryłkę.

Trudno powiedzieć, jaki wpływ podobne działanie osiągnęłoby dzisiaj, kiedy świat stoi przed realną perspektywą trwałego dostępu do taniej (jeśli ceny miałyby dalej spadać) lub relatywnie taniej (jeśli miałyby się utrzymać na dotychczasowym poziomie) ropy. Do rozważenia takiej tezy skłania kilka czynników, które przyczyniły się do obecnego spadku cen czarnego złota.

Po pierwsze nie sprawdziły się pesymistyczne zapowiedzi, jakoby ropy miało wkrótce zabraknąć lub przekroczony został punkt maksymalnego wydobycia (peak oil). Chociaż przez ostatnie trzy dekady zapotrzebowanie świata na ropę wzrastało średnio corocznie w tempie miliona baryłek na dzień, światowi producenci nie mieli większych problemów z pokryciem tego zapotrzebowania i nie zapowiada się, żeby te problemy miały nagle wystąpić.

Wystarczy zwrócić uwagę na to, jak wiele relatywnie łatwo dostępnych złóż (czyli zapewniających tanią ropę) nie jest jeszcze eksploatowanych na miarę swoich możliwości. Libia, która na skutek powojennych zawirowań wypadła czasowo ze światowego łańcucha dostaw, teraz znów pompuje na rynek 1,5 mln baryłek dziennie. Coraz ważniejszą rolę na światowym rynku odgrywa znów Irak, którego południowe pola naftowe, leżące z dala od rejonów walk z Państwem Islamskim, pozwalają na eksport 2,5 mln baryłek dziennie. Do tego dochodzi kolejne pół miliona znajdujące się pod kontrolą Kurdów, którzy zresztą chcieliby, żeby w przyszłym roku ich eksport wynosił już milion baryłek.

Sprostanie światowemu popytowi było o tyle proste, że podczas gdy kraje rozwijające się zużywały coraz więcej ropy (najlepszym przykładem są Chiny, gdzie zużycie na przestrzeni ostatnich trzech dekad wzrosło pięciokrotnie), to w krajach rozwiniętych trend był odwrotny. W ubiegłym roku Europa (bez Rosji) zużyła tyle ropy, co w 1982 r. Podobnie ma się rzecz z Japonią, a przecież gospodarki tych regionów przez 30 lat urosły. Skrajnym przypadkiem jest Szwecja, gdzie zużycie spadło prawie o połowę. Nawet USA potrzebują dziennie miliona baryłek ropy mniej niż w 2000 r. To pokazuje, że wzrost gospodarczy niekoniecznie musi pociągać za sobą przyrost zużycia ropy; japońska gospodarka jest dzisiaj dwa razy większa niż w 1982 r.

Wiele krajów OPEC nie może sobie pozwolić na zmniejszenie wydobycia choćby z tego powodu, że jest uzależnione od przychodów z ropy. Teraz, kiedy cena czarnego złota spada, muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ewentualne podniesienie ceny ropy zrównoważyłoby ubytek z mniejszej sprzedaży. Tym bardziej że petrodolarami finansują nadmiernie rozbudowane programy socjalne: dotyczy to zarówno Wenezueli i Rosji, jak i krajów Zatoki Perskiej. Pieniędzy potrzebują także kraje wyniszczone przez wojnę, jak Irak i Libia. Najlepszym gwarantem wysokiego wydobycia jest to, że na ropie każdy chce zarobić.

Ważnym czynnikiem w grze o cenę baryłki jest łupkowa rewolucja w Stanach Zjednoczonych, które dzięki niej są w stanie pokryć coraz większy odsetek zapotrzebowania na czarne złoto. Dzisiaj w USA wydobywa się dwa razy więcej ropy niż w 2008 r. i najwięcej od 1983 r. Mitem jest również, że technologie łupkowe są opłacalne przy poziomie 70–80 dol. za baryłkę. Koncerny w USA tak długo w nie inwestowały, że koszty musiały spaść; gdyby tak nie było, nie otwierano by dzisiaj rekordowo dużej liczby odwiertów w Stanach. To oczywiście sprawi, że ceny jeszcze spadną.

Skoro ceny ropy pozostaną przez dłuższy czas na stosunkowo niskim poziomie, powstaje pytanie, kto na tym zyska, a kto straci. Choć intuicyjnie może się wydawać, że beneficjentami tej sytuacji będą wszystkie kraje importujące ropę, a problemy dotkną wszystkich eksporterów, sprawa jest bardziej zawiła. Na pewno skorzystają indywidualni konsumenci – według szacunków dzięki spadkowi cen na stacjach benzynowych przeciętne gospodarstwo domowe w USA wyda na paliwo w ciągu roku o prawie 600 dol. mniej niż do tej pory. To będzie lepszym impulsem dla amerykańskiej gospodarki niż analogicznej wysokości ulga podatkowa, bo w przeciwieństwie do niej nie powoduje utraty wpływów do budżetu.

W skali całego świata przecena surowca oznacza oszczędność w wysokości 660 mln dol. rocznie, co staje się pakietem stymulacyjnym dla wychodzących z kryzysu gospodarek. Ale w krajach europejskich, będących w zdecydowanej większości importerami surowca, spadek cen ma też negatywne konsekwencje. Przyczynia się do spadku ogólnego wskaźnika cen, co zwiększa ryzyko deflacji, a jej skutkiem może być z kolei nawrót recesji. Z kolei dla Stanów Zjednoczonych zbyt tania ropa to ryzyko zahamowania trwającego od kilku lat boomu łupkowego. Wprawdzie wraz z rozwojem i upowszechnianiem się technologii pozyskiwania ropy z łupków spada też poziom, przy którym inwestycje się zwracają i nikt nie będzie likwidował istniejących już instalacji, ale w perspektywie dalszej przeceny zmniejszy się też chęć do otwierania nowych.

Stracą zaś kraje, dla których ropa naftowa jest głównym źródłem dochodu, tyle że nie wszystkie w równym stopniu. Co więcej, dla niektórych to, że inni tracą bardziej niż oni sami, jest zyskiem. Przykładem jest Arabia Saudyjska – największy na świecie producent i eksporter surowca. Choć ropa odpowiada za 90 proc. jej eksportu i 75 proc. wszystkich wpływów budżetowych, nie jest ona przerażona obecną sytuacją.

Rijad ma duże rezerwy walutowe, zaś saudyjska ropa jest tania w pozyskiwaniu, czyli nie grozi jej, że produkcja będzie deficytowa. Za to zyskuje politycznie, bo wraz z taniejącą ropą słabną polityczne wpływy Iranu i Rosji, a także pogarsza się sytuacja Państwa Islamskiego, którego zdolność produkcyjna już spadła wskutek amerykańskich nalotów. Niechęć Rijadu do zmniejszania wydobycia jest podyktowana obawą o to, by nie stracić udziału w globalnej produkcji.

Głównymi przegranymi nie będą najwięksi eksporterzy ropy, a państwa, w których jej wydobycie jest szczególnie kosztowne: Wenezuela, Nigeria, Rosja, a także przeżywający problemy z powodu zachodnich sankcji Iran. Wenezuela jest posiadaczem największych na świecie złóż ropy, ale i najwyższego deficytu budżetowego (17 proc. PKB). Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego aby zbilansować budżet, potrzebuje ona cen na poziomie 121 dol., zaś spadek cen o każdego dolara powoduje, że wpływy z eksportu zmniejszają się o 700 mln dol. w skali roku.

Jeszcze wyższej ceny – 140 dol. za baryłkę – potrzebuje Iran, którego wpływy ze sprzedaży ropy spadły wskutek sankcji o połowę w ciągu ostatnich dwóch lat. Teheran ma przynajmniej pewne pole manewru w postaci ewentualnego porozumienia z Zachodem w sprawie programu nuklearnego w zamian za złagodzenie sankcji. Takich możliwości nie ma Nigeria, gdzie produkcja ropy jest droga, a poziom uzależnienia do dochodów ze sprzedaży nawet wyższy niż w krajach Zatoki Perskiej.

W Rosji dochody z ropy i gazu stanowią około połowy wpływów do budżetu, więc wpływ cen na stan gospodarki jest mniejszy, ale w połączeniu z zachodnimi sankcjami bardzo negatywnie odbija się na kursie rubla. A to z kolei powoduje, iż krajowi grozi wpadnięcie w recesję, a na pewno będzie musiał ograniczyć rozbudowane wydatki socjalne, które w dużym stopniu przyczyniają się do popularności prezydenta Władimira Putina.

Możliwe zresztą, że będą to musiały uczynić także inne kraje uzależnione od eksportu ropy, które dzięki petrodolarom mogą subsydiować ceny podstawowych produktów na rynku wewnętrznym. A to grozi wybuchem niezadowolenia społecznego. Jeśli jego fala znów rozleje się na Bliskim Wschodzie, to nawet Arabia Saudyjska przestanie się czuć komfortowo z niskimi cenami.