Nie zwrócił się natomiast do tych, których się boi – górników, rolników czy nauczycieli. Zwiększenie ulg prorodzinnych i objęcie nimi większej grupy najbiedniejszych rodzin jest słuszne. Tu przynajmniej jest cel: dzieci to inwestycja w przyszłość. Rodzinie, która ponosi trud wychowawczy, należy się wsparcie.

W imię solidarności społecznej należy również podwyższać najniższe świadczenia z ZUS. Problem jest tylko jeden, wciąż ten sam: skąd pieniądze. Premier mówi o nadwyżce budżetowej. Czyli w pośredni sposób środki uzyskane z szybkiego demontażu OFE. O ile jednak pieniądze na ulgi prorodzinne powinny się znaleźć w budżecie (chociaż można by 400 mln zł uzyskać z likwidacji becikowego, które z kreowaniem polityki prorodzinnej ma niewiele wspólnego), o tyle na waloryzację emerytur i rent można by poszukać gdzie indziej. Chociażby w likwidacji przywilejów emerytalnych, którymi wciąż cieszą się np. górnicy.

Tyle że do tak trudnego tematu premier wczoraj nie nawiązał. Nie zapowiedział również niezbędnych zmian w KRUS czy ubezpieczeniu zdrowotnym rolników. W tej ostatniej kwestii stawia na prowizorkę przedłużaną z roku na rok. Taka taktyka jest jednak całkiem uzasadniona. Zbliżają się wybory, więc każdy głos na wagę złota. Po takim exposé kilka przybędzie.