Wystarczyło parę miesięcy, by zasłona dobroci opadła. Bo rząd nie zmienił ani na jotę żarłocznej polityki wobec podatników. Nie poczyniono przełomowych oszczędności w kosztach utrzymania administracji (co na dłuższą metę skutkowałoby obniżeniem zadłużenia, wzrostem przychodów i poprawą płynności systemów składkowych, w tym emerytalnego). Za to w przyszłym roku ostaną się podwyższone stawki podatku VAT, zamrożona na śmiesznie niskim poziomie kwota wolna od podatku oraz próg dochodów, powyżej którego wpadamy do klasy „bogaczy”, płacących wyższy PIT.

Krótko mówiąc, skoro podobno pensje nam rosną i mimo że kraj się tak szybko rozwija, rząd podwyższa nam obciążenia podatkowe. Dlaczego?

Legenda dla naiwnych jest podobna jak przy OFE: tam była walka z zadłużeniem i rosnącymi kosztami obsługi długu, tu jest walka z nadmiernym deficytem budżetu.

A może jednak od lat toczy się zupełnie inna walka: utrzymywanych przez obywateli funkcjonariuszy państwa z tymi właśnie obywatelami – o to, by musieli jak najwięcej im oddawać i jak najmniej dostawać w zamian?