Dzięki temu łatwo można zauważyć zmiany w strukturze społecznej, niepokojące tendencje. Ta, że w gospodarce rynkowej coraz więcej z nas sobie nie radzi, musi niepokoić. Jedną z jej konsekwencji jest bowiem coraz głębsza przepaść dzieląca społeczeństwo od władzy. To władzę bowiem chętnie obarczamy odpowiedzialnością za nasze niepowodzenia, spowodowane zarówno przez przyspieszającą globalizację, jak i światowy kryzys finansowy.

Do grona uprzywilejowanych przez gospodarkę rynkową należą już bez wątpienia tylko ci, którzy znajdują się na trzech najwyższych szczeblach drabiny społecznej, czyli przedsiębiorcy (mający własne firmy, którzy oprócz członków rodziny, zatrudniają także pracowników najemnych), menedżerowie (wyższe kadry kierownicze) i eksperci. Najbardziej uprzywilejowani są duzi przedsiębiorcy. Najszybciej wspięli się do góry. A jeszcze w 1993 r. na drabinie społecznej znajdowali się poniżej nie tylko menedżerów i ekspertów, ale nawet kierowników. Obecnie są na samym szczycie i nie wygląda, by mieli go opuścić. Ta grupa prezentuje dziś najbardziej liberalne poglądy na gospodarkę, które w innych środowiskach stanowczo tracą na popularności. Zgodnie z zasadą, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Trzeszczy środek drabiny społecznej – wykwalifikowani pracownicy umysłowi, technicy i pracownicy biurowi, kierownicy i tak zwani samodzielni. Tę ostatnią klasę kiedyś nazywano „prowadzący działalność gospodarczą na własny rachunek”, a chodzi po prostu o małych przedsiębiorców. Prowadzących swój biznes samodzielnie, co najwyżej – z rodziną. Sporą część osób z tego grona jeszcze przed kilkoma laty śmiało można było nazwać beneficjentami transformacji. Teraz stały się ofiarami. Ostatnie lata (2008–2013) nie były dla nich dobre, wielu straciło pracę lub miejsce na rynku. Zsunęli się na dół drabiny, na ostatnie szczeble – zajmowane przez robotników i rolników.

Te środkowe szczeble nie spodziewały się takiego obrotu spraw. Ci ludzie mieli stanowić trzon naszej klasy średniej, rozwijać się, piąć coraz wyżej. Na pewno – nie spadać. Nie radzą sobie w nowej sytuacji, więc – zmieniają poglądy. Kiedyś byli prorynkowi, obecnie oczekują od państwa interwencjonizmu. Z twierdzeniem, że to państwo powinno każdemu zapewnić miejsce pracy, nie zgadza się tylko 19,5 proc. samodzielnych (czyli drobnych przedsiębiorców) oraz 14,3 proc. kierowników i zaledwie 3,4 proc. pracowników usług! Ponad 80 proc. potwierdza, że prywatyzacja mienia państwowego zaszła zbyt daleko, a około 70 proc. uznaje, że ceny podstawowych produktów żywnościowych powinny być pod kontrolą rządu. To już nie jest oczekiwanie kapitalizmu z ludzką twarzą, ale wręcz powrotu do socjalizmu.

Z badań wyraźnie wynika, że ci, których gospodarka rynkowa uprzywilejowała, stają się uprzywilejowani coraz bardziej. Natomiast średniacy w ostatnich latach mocno oberwali, spauperyzowali się, stracili pozycję rynkową. Między najwyższymi a średnimi szczeblami naszej struktury społecznej następuje coraz większe pęknięcie. Bogaci chcą rynku, biedni się przeciwko niemu buntują. Coraz częściej – wycofują społecznie. Bo zmiana zajmowanego w strukturze miejsca okazuje się w naszym kraju niezmiernie trudna, dla olbrzymiej większości – niemożliwa. Dziedziczy się bogactwo, biedę i pozycję społeczną. Powiedzenie, że jesteśmy kowalem własnego losu, straciło na aktualności. Opowieść o pucybucie, który został milionerem, nie zostanie mitem założycielskim polskiego kapitalizmu. To źle rokuje na przyszłość.

Najbardziej zgodni jesteśmy w opinii, że najsilniejszym konfliktem dzielącym nasze społeczeństwo jest konflikt polityczny między rządzącymi a rządzonymi – uważa tak aż 84,1 proc. badanych. W 2008 r. taką opinię wyrażało 75,5 proc.