Francuscy rządowi statystycy, cytowani przez miejscową edycję magazynu „Slate”, wyliczyli właśnie, że jeden dzień mniej urlopu w skali kraju podniósłby jego PKB o 0,08 proc. Gdyby potraktować to zgodnie z lubianą przez ekonomistów zasadą „coeteris paribus” (czyli przy pozostałych czynnikach niezmienionych), likwidacja np. 20 dni urlopu jednorazowo zwiększałaby PKB o 1,6 proc. W skali całej Unii spośród 10 państw, które w tym roku zdaniem Eurostatu odnotują recesję, sześć przekułoby ją we wzrost gospodarczy.

Dlatego propozycje ograniczenia płatnego urlopu zaczęły się pojawiać wraz ze spowolnieniem gospodarek kontynentu. W 2012 r. na taki pomysł wpadł włoski wiceminister gospodarki Gianfranco Polillo. – Pracujemy raptem dziewięć miesięcy w roku. Musimy wydłużyć czas pracy, by zwiększyć wydajność. Jeśli zrezygnujemy z tygodnia urlopu, natychmiast podwyższymy PKB o 1 proc. – dowodził. Włochom przysługuje obecnie 20 dni płatnego urlopu rocznie (z możliwością przedłużenia na podstawie umowy z pracodawcą), a do tego 104 godziny wolnego do wykorzystania.

Pomysł umarł śmiercią naturalną po tym, jak został solidarnie skrytykowany przez większość komentatorów. Propozycja Polillego nie była jednak niczym nowym. Dwa lata wcześniej dwa niemieckie związki pracodawców zaproponowały skrócenie urlopów z obecnych sześciu tygodni do pięciu albo nawet czterech. I to mimo że 2010 r. był rokiem odbicia po pierwszej fali kryzysu. – Potrzebujemy dziś każdego pracownika. Płatny utlop powinien zostać skrócony, by zachować odrodzenie gospodarcze – tłumaczył szef jednej z federacji pracodawców Mario Ohoven.

Krytycy dowodzą jednak, że zastosowanie w tej kwestii zasady „coeteris paribus” abstrahuje od możliwości organizmu ludzkiego. Podobnie jak w przypadku krzywej Laffera, zgodnie z którą od pewnego momentu podwyższanie podatków zmniejsza wpływy do budżetu, tak zwiększanie obciążenia pracą musi po przekroczeniu pewnej granicy prowadzić do spadku wydajności, a co za tym idzie – spadku PKB. W USA corocznie w okolicach wakacji dyskutuje się na temat vacation deficit disorder (VDD), zespołu niedoboru urlopu. Amerykańskie prawo nie gwarantuje płatnego urlopu, więc jego wymiar zależy od umowy pracownika z pracodawcą.

W rezultacie co czwarty Amerykanim w ogóle nie ma prawa do urlopu, a jego średni wymiar wynosi raptem 10 dni w roku (plus sześć dni płatnych świąt). Dlatego gdy w 2001 r. prezydent George W. Bush wziął miesięczny urlop, wywołało to ogólnonarodowe zdumienie. Pisarz William Chalmers oszacował koszty VDD na 1 bln dol. rocznie. W tę kwotę wliczył m.in. podwyższone o 20 proc. ryzyko przedwczesnego zgonu, ograniczone więzy rodzinne i lokalne, a także niższe zyski z szeroko pojętego przemysłu turystyczno-rozrywkowego.

Wydawałoby się, że – przynajmniej z punktu widzenia pracownika – urlopu nigdy za wiele. Tymczasem w 2012 r. Szwajcarzy gremialnie odrzucili pomysł wydłużenia wymiaru urlopu z czterech do sześciu tygodni. Przeciwko pomysłowi zagłosowało w referendum 66,5 proc. wyborców. W ani jednym kantonie koncepcja dłuższych o połowę wakacji nie zdobyła większości. To dowodzi, jak bardzo zmieniła się percepcja w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Jeszcze w 1998 r. duńskie związki zorganizowały strajk generalny, żądając m.in. sześciotygodniowego urlopu. Głównym argumentem była wówczas chęć dostępu do korzyści z wypracowanego dobrobytu.