To prawda. Oszustwo polega jednak na tym, że pomija się, iż składka wpływająca do ZUS też będzie wyższa. Aby ocenić, czy w długim okresie udział OFE w systemie jest opłacalny dla finansów publicznych, trzeba przeprowadzić typowy rachunek efektywności, czyli policzyć wartość bieżącą dwóch strumieni pieniężnych: przyszłych wypłat emerytur i składek w ZUS. Taki rachunek pokazuje, że im większy udział OFE w systemie, tym gorzej dla finansów publicznych nie tylko na krótką, lecz także dowolnie długą metę. Obrońcy OFE świetnie wiedzą, że tak trzeba oceniać skutki finansowe OFE dla budżetu. Ich zarzut, że chodzi o „doraźne interesy budżetu”, jest więc świadomym kłamstwem używanym dla obrony własnych interesów.

Trudno bowiem poważnie traktować zapewnienia obrońców OFE, że troszczą się wyłącznie o interesy emerytów, o czym ma świadczyć to, że domagają się – głównie głosem Leszka Balcerowicza – zmian, m.in. ograniczających opłaty pobierane przez PTE. Wystarczy zauważyć, że teraz Leszek Balcerowicz co najmniej raz w tygodniu występuje w obronie OFE. Nie pamiętam jednak, by choć raz domagał się poprawy efektywności OFE przez 10 lat, zanim rząd zaczął myśleć o zmniejszeniu transferu do OFE. Póki publiczne pieniądze szerokim strumieniem płynęły do OFE, zbyt wysokie opłaty pobierane przez PTE mu nie przeszkadzały.

Można dyskutować o tym, czy dzięki OFE emerytury będą mniejsze, czy większe niż w wariancie z wyższym udziałem ZUS w składce. Każda prognoza rynkowych stóp zwrotu obarczona jest ryzykiem bardzo dużego błędu, ale historyczne wyniki OFE nie są pod tym względem zachęcające. Ci, którzy obietnicami wyższej emerytury bronią sensu istnienia OFE, przemilczają jednak inną istotną okoliczność, a mianowicie, że zdrowe finanse publiczne są warunkiem koniecznym bezpieczeństwa emerytur – zarówno wypłacanych przez ZUS, jak i przez OFE. Hasło dywersyfikacji ryzyka poprzez podział składek między dwa filary nie ma sensu: taki podział, zwiększając dług publiczny, tworzy dodatkowe ryzyko, a nie je dywersyfikuje. Gdyby nawet emerytury wypłacane z OFE były – w proporcji do składki – wyższe, to sytuacja ekonomiczna przyszłych emerytów zależy nie tylko od wysokości emerytury, lecz także wysokości podatków oraz darmowych świadczeń (np. zdrowotnych), jakie ci emeryci otrzymają od państwa. Im gorsza sytuacja finansów publicznych, tym relatywnie wyższe podatki lub niższe takie świadczenia.

Wszyscy jesteśmy podatnikami i wszyscy będziemy emerytami. W rachunku korzyści i strat finansów publicznych i emerytów wszyscy jesteśmy po obu stronach bilansu. Dlatego straszenie opinii publicznej twierdzeniem, że w celu załatania dziury budżetowej rząd chce zabrać ludziom ich oszczędności zgromadzone w OFE, jest podwójnym kłamstwem. Po pierwsze dlatego, że „obietnice polityków” w postaci obligacji skarbowych nie są bardziej oszczędnościami niż „obietnice polityków” w postaci zapisów na kontach w ZUS. Po drugie dlatego, że koszty równoważenia finansów publicznych, jeśli są w miarę równomiernie rozłożone na wszystkich podatników, nie są żadnym „skokiem rządu na kasę”, bo pieniądze w budżecie są też pieniędzmi wszystkich podatników.

Nie ulega jednak wątpliwości, że istnienie OFE jest bardzo korzystne nie tylko dla zarabiających na nich miliardy PTE, lecz także dla wszystkich związanych z rynkiem kapitałowym, a w szczególności dla spółek, których akcje kupują OFE. Wbrew opinii forsowanej przez organizacje biznesowe i współpracujących z nimi ekonomistów składki trafiające do OFE są tak samo na bieżąco wydawane jak w ZUS. Różnica polega na tym, że gdy trafiają do ZUS, służą do sfinansowania bieżących emerytur, dzięki czemu dług publiczny – czyli zobowiązania wszystkich obywateli – rośnie wolniej. Gdy zaś trafiają do OFE, a OFE kupują akcje prywatnych firm – wydają je te firmy, a zyskują na tym dotychczasowi właściciele tych akcji. Składka do OFE inwestowana na giełdzie jest więc specyficzną formą dotacji do firm giełdowych.

Składka do OFE jest specyficzną formą dotacji do firm giełdowych. A prawdziwy liberał nigdy nie dotowałby rynku kapitałowego

Sposób sfinansowania tej dotacji dopełnia obrazu, kto zyskuje, a kto traci na istnieniu OFE. Gdy spowodowana przez OFE luka w budżecie finansowana jest poprzez prywatyzację lub wzrost długu publicznego, mamy do czynienia z transferem od wszystkich podatników do posiadaczy akcji. Ale dochody z prywatyzacji już się kończą, a pozostawienie OFE w obecnym kształcie oznaczałoby, że koszty budżetu będą jeszcze kilkakrotnie większe niż dotychczas. Z kolei dalsze finansowanie kosztów OFE poprzez wzrost długu publicznego tworzy coraz większe ryzyko poważnego kryzysu finansów publicznych.

Dlatego zwolennicy OFE z Leszkiem Balcerowiczem na czele domagają się, by koszt istnienia OFE sfinansować, przeprowadzając prawdziwe reformy. Balcerowicz liczy na poparcie całej opinii publicznej, bo każdy przypuszcza, że prawdziwa reforma polega na tym, iż rząd coś komuś odbiera i daje jemu. Dlatego dla ludzi związanych z dużym biznesem planowane przez rząd zmiany w OFE to nie reforma, ale antyreforma. Dla nich prawdziwe są tylko takie reformy, które polegają na cięciu, jak to nazywają, wydatków antyrozwojowych (co w gruncie rzeczy oznacza: socjalnych). Walka w obronie OFE to walka o utrzymanie ukrytego w systemie emerytalnym potężnego, liczącego kilka miliardów złotych rocznie transferu pieniężnego do bogatych. Reforma emerytalna z 1999 r., obok wielu bardzo pożytecznych zmian (przede wszystkim wprowadzenia zasady zdefiniowanej składki), stworzyła taki transfer. Teraz zdaniem biznesu zamiast ograniczać ten transfer, trzeba ukryć jego negatywny wpływ na finanse publiczne, obcinając wydatki socjalne – i problem jego kosztów po prostu zniknie.

Tak sfinansowany transfer mógłby nawet poprawić tempo wzrostu gospodarczego na tej samej zasadzie, na jakiej wzrostowi gospodarczemu pomogłaby eutanazja wszystkich trwale niezdolnych do pracy. Dlatego argument, że gdyby rząd nie wydał pieniędzy na OFE, toby je przejadł, chcąc przypodobać się wyborcom, tylko na pierwszy rzut oka wydaje się przejawem nonkonformistycznej troski o dobro wspólne. W rzeczywistości jest wyjątkowo cyniczną manifestacją poglądu, że im ktoś jest bogatszy, tym więcej mu się od państwa należy.

A zwykłą bezczelnością jest określanie takich poglądów mianem liberalnych. Prawdziwy liberał, gdyby uzyskał jakieś oszczędności na wydatkach socjalnych, przeznaczyłby je na obniżkę długu publicznego lub podatków, a nie na dotacje do rynku kapitałowego. Bo dotacje, być może poza absolutnie wstępnym etapem tworzenia rynku, nigdy nie pomagają w jego rozwoju. Dotacje prawdziwy rynek niszczą.

Andrzej S. Bratkowski