Co pan pomyślał, kiedy pierwszy raz przeczytał o trzech wariantach zmian w otwartych funduszach emerytalnych?

Jakub Bartkiewicz: Patrząc na ich wpływ na rynek kapitałowy – że sprawdzają się czarne scenariusze. Zmiany wywrą negatywny wpływ zarówno na rynek akcji, jak i polskiego długu. Zresztą widać było, co stało się na polskich obligacjach i akcjach zaraz po pojawieniu się informacji na temat planowanych zmian w OFE.

Zrozumiałe, że martwi się pan jako prezes DI Investors, ale czy także jako przyszły emeryt?

Przede wszystkim jako emeryt. Nie zapominajmy, że w początkowych założeniach oszczędności zgromadzone w OFE nie miały należeć do Skarbu Państwa. W obecnym kształcie systemu są na przykład dziedziczne – gdybyśmy nie zdążyli ich wypłacić, nasze dzieci mogłyby z nich korzystać. Negatywny wpływ tego, że OFE mają mniej pieniędzy, widzimy już od dwóch lat. Mam na myśli całą gospodarkę – gdzie ta zielona wyspa, gdzie te możliwości finansowania przedsiębiorstw, wzrostu, inwestycji itd.? Oczywiście część inwestycji finansowana jest środkami z UE i innych przedsięwzięć infrastrukturalnych, ale to za mało.

Co mają zrobić polskie firmy, które do tej pory mogły finansować swój rozwój poprzez nasz rynek kapitałowy?

Pamiętajmy o tym, że z samej giełdy pieniędzy pozyskać się nie da – potrzebni są inwestorzy. Jeśli likwiduje się lub znacząco ogranicza działanie najważniejszej na polskim rynku grupy inwestorów, to skąd te pieniądze mają płynąć?

W grupie Investors znajduje się również TFI, a Polacy coraz więcej inwestują w fundusze. Według ostatnich danych w maju od drobnych inwestorów napłynęły netto 2 mld zł. Cieszy się pan?

To jest mądrość Polaków – kiedy politycy podejmują za nich błędne decyzje, oni są w stanie podejmować decyzje prawidłowe. Spadające stopy procentowe znacząco obniżają atrakcyjność lokat bankowych. Z drugiej strony trzeba oszczędzać, bo wiadomo, że emerytury będą niskie. Z tego punktu widzenia bardzo się cieszę.

Ostatnio coraz bardziej popularne staje się emitowanie obligacji przez firmy. Przykład Orlenu, który sprzedał na pniu papiery, pokazuje, że to jest realna alternatywa dla lokat bankowych czy akcji. Jak pan ocenia perspektywy tego rynku?

Ma on ogromny potencjał wzrostu. Restrykcyjna polityka kredytowa banków wypycha coraz więcej firm szukających gotówki na finansowanie rozwoju na rynek obligacji, czyli w nasze ramiona.

W ramiona organizatorów emisji obligacji i zarządzających funduszami inwestycyjnymi. Ale przykład Orlenu jest niesamowicie jasny, udało im się sprzedać dużą partię obligacji, bo wszyscy zaufali Orlenowi. Ale z drugiej strony mamy np. Polimex, który ma kłopoty z wykupieniem obligacji i spłatą odsetek.

Niestety, takie przypadki też się zdarzają. Co więcej, nawet jeśli obligacje tej czy innych spółek budowlanych kupowali przede wszystkim inwestorzy instytucjonalni, to były to fundusze, które w znacznej części inwestowały pieniądze osób fizycznych. W tym przypadku pieniądze te zostały zainwestowane w obligacje jednej z najlepszych firm budowlanych w Polsce. Trudno było przewidzieć taki rozwój wypadków.

Investors TFI przejmuje funduszową część od BPH, parę lat temu od DWS. Ostatnio PKO BP przejął Nordeę. Widać trend, że polskie instytucje na rodzimym rynku wypychają graczy zagranicznych. Z czego to wynika? To efekt kryzysu na Zachodzie?

W części wpisuje się to w trend widoczny w krajach dotkniętych kryzysem bankowym. Międzynarodowe instytucje finansowe, by poprawić płynność, pozbywały się niektórych spółek – najczęściej tych najmniej pasujących do podstawowej działalności lub tych, które zlokalizowane były w krajach innych niż państwo macierzyste. W innych przypadkach sprzedaż jest efektem zmiany strategii dotychczasowego właściciela.

Więc w momencie, kiedy rządy albo zarządy powiedzą: „No dobrze, wracamy na te bardziej ryzykowne rynki”, trend się odwróci.

Tego nie można wykluczyć. Ale jeśli kiedyś ten trend się odwróci i zaczną wracać do nas, przywitają ich tutaj dobrze przygotowane, coraz silniejsze i bardziej konkurencyjne polskie instytucje finansowe.