Wskaźniki koniunktury w II i III kw. zapowiadają kontynuację recesji w strefie euro, w tym we Francji i stagnację w Niemczech. To dla nas bardzo zła informacja, bo jeżeli dwa największe kraje strefy euro odnotują zastój, a szczególnie gdyby doszło do tego w Niemczech, będzie to oznaczało spadek polskiego eksportu. I wtedy już nic nas nie obroni przed kryzysem. Niestety, również wskaźniki zapowiadające przyszłą koniunkturę w Polsce pozostają w obszarze recesji, a niektóre dalej się obniżają, jak odczyty PMI dla polskiego przemysłu.

Wiele wskazuje na to, że zapowiadane przez wielu ekonomistów ożywienie w drugiej połowie roku się nie pojawi. Przypomnę, że wielu z tych, którzy teraz zapowiadają ożywienie od III kw., wcześniej oczekiwało go na początku roku, potem w II kw. Pewno będą musieli znowu te prognozy przesunąć na kolejne kwartały. Przypomina się dowcip, w którym lokalny sekretarz partii mówi ludziom, że dobrobyt widać już na horyzoncie, a gdy nie wiedzą, co to horyzont, tłumaczy, że to linia, która oddala się w miarę zbliżania. Zatem możemy spokojnie założyć, że ożywienie w polskiej gospodarce widać już na horyzoncie.

Od dłuższego czasu ostrzegam, że okres stagnacji czy recesji w Polsce potrwa kilka lat, tylko na krótko przerywany kwartałami lepszej koniunktury. To wynika z postępującego procesu delewarowania w Europie i Polsce. A gdy jest mniej kredytów, jest spadek popytu i recesja. Do tej pory rynki zewnętrzne dla Europy kreowały popyt na europejskie towary i usługi, ale gospodarka USA rozwija się w tempie poniżej trendu, Chiny gwałtownie zwalniają, utrzymuje się zła sytuacja gospodarcza w Indiach, Rosji i Brazylii. A kolejne fale druku pieniądza przez banki centralne nie zwiększają skali kredytu w globalnej gospodarce, tylko kreują bańki na rynkach aktywów, które – pękając – mogą okazać się dodatkowym hamulcem.

Dlatego zastanówmy się przez chwilę, co może się wydarzyć, jeżeli widziane przez ekonomistów ożywienie pozostanie na horyzoncie. Po pierwsze, to będzie miało katastrofalne skutki dla finansów publicznych. Na przykład w scenariuszu stagnacji lub płytkiej recesji już w latach 2013–2014 deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych prawdopodobnie osiągnie odpowiednio 4 i 6 proc. PKB. Przy zerowym wzroście i blisko zerowej inflacji dług publiczny tylko z tytułu deficytu w ZUS w relacji do PKB wzrośnie o około 10 pkt proc. w ciągu dwóch lat, a może wzrosnąć jeszcze szybciej, bo inne części sektora też będą miały deficyt. To oznacza, że nawet skuteczne przeprowadzenie operacji ograbienia OFE z części aktywów przez ministra Sami Wiecie Którego nie wystarczy, by uratować Polskę przed upadkiem z klifu fiskalnego w roku wyborczym. Bo dług liczony nawet według kreatywnej definicji owego ministra, czyli metody potrójnego netto (bez Krajowego Funduszu Drogowego, z odliczonymi depozytami budżetu i po okradzeniu OFE), przekroczy 55 proc. PKB i trzeba będzie radykalnie ciąć wydatki.

Po drugie, jeżeli ten scenariusz stagnacji będzie się realizował (czyli ożywienie pozostanie na horyzoncie), to będzie oznaczało powtórzenie przez PO losu AWS-u, bo trudno sobie wyobrazić dobry wynik wyborczy po trzech latach stagnacji lub recesji. Ale pojawi się dodatkowe ryzyko, bo dopuszczenie do wzrostu długu publicznego powyżej limitu konstytucyjnego będzie skutkowało wnioskami do Trybunału Stanu. Czyli wraz z każdym kwartałem stagnacji bądź recesji rośnie nie tylko ryzyko polityczne dla partii rządzących, lecz także pojawia się ryzyko osobistej odpowiedzialności. Ucieczka do Parlamentu Europejskiego niewiele zmienia, bo wyrok Trybunału Stanu pozbawia zarówno mandatu posła w PE, jak i w innej ważnej funkcji publicznej, w kraju i za granicą. Mam wrażenie, że te osobiste ryzyka będą miały coraz większy wpływ na bieżącą politykę rządu.

Mamy za sobą dwa kwartały stagnacji. Wskaźniki zapowiadają kontynuację recesji w strefie euro, a to dla nas zła informacja