Czy rzeczywiście „wiara w nieomylność wolnego rynku zmienia nas w socjopatycznych egoistów” jak przeczytałem niedawno w DGP? Autora tej tezy nie wspomnę, bo nie chcę polemizować z autorem, tylko z tezą, zwłaszcza, że on pisząc o mnie, też nie wymienia nazwiska.
Zacznijmy od ustalenia, kto wierzy w „nieomylność wolnego rynku”? Ja na przykład nie wierzę. Rynek się nie myli, bo rynek nie ma zdania, nie ma swojej opinii, która może być błędna. Czy wierzymy w prawo grawitacji? Możemy nie wierzyć! Dopóki nie spadnie nam na głowę jakaś cegłówka. A jak spadnie ona na kogoś kto nie wierzył, bo nie uważał w szkole na lekcjach z fizyki, więc pewnie należy do biedniejszej części społeczeństwa, w odróżnieniu od tego, który wierzył, bo uważał i teraz należy do bogatszej części społeczeństwa, to jak się uchyli jest „socjopatycznym egoistą”?

Podobno „w ciągu ostatnich dwudziestu lat liberałowie obiecywali wielokrotnie, że obniżanie kosztów pracy i podatków to najlepszy sposób na ograniczenie bezrobocia? Efekt jest taki, że mamy dziś jedne z najniższych w Europie (i to nawet na tle innych krajów posttransformacyjnych) kosztów pracy oraz klina podatkowego (kto nie wierzy, niech zajrzy do danych Eurostatu i OECD). I jednocześnie bezrobocie, które tylko na kilka miesięcy (w 2008 r.) spadło poniżej 9 proc.”

Dręczy mnie pytanie: czy ktoś obniżał w Polsce koszty pracy w ciągu dwudziestu lat? Zyta Gilowska. Co prawda robiła to w 2007 roku bez sensu, ale jednak. I wówczas bezrobocie malało. Nie obniżenie składki zdrowotnej było tego siłą sprawczą, ale pewnie równie dobrze można twierdzić, że tak. W 1989 roku składka „na ZUS” wynosiła 38%. Obecnie wynosi 45%. Ale liczona jest od podstawy podwyższonej administracyjnie w związku z wprowadzeniem podatku dochodowego od osób fizycznych i „ubruttowieniem” z tego powodu wynagrodzeń. Eurostat i OECD nie wliczają do kosztów pracy tej części przymusowej składki emerytalnej pobieranej przez ZUS, która odprowadzana jest do OFE. A z punktu widzenia kosztów pracy i popytu na nią, dla pracodawcy nie ma najmniejszego znaczenia, co dzieje się z jego pieniędzmi zapłaconymi za pracę pracownika, które nie trafiają do kieszeni pracownika!

Twierdzenie, że historia firmy Biochem z Bochni, w którą rykoszetem uderzyło zarządzenie prezesa NFZ dotyczące refundacji nie uprawnia do formułowania „populistycznej bajeczki o wiecznie złym urzędniczym wilku i zawsze udręczonej przedsiębiorczej owieczce” jest oczywiście słuszne. Problem w tym, że firm takich jak Biochem są setki, jeśli nie tysiące. Od „ikon” takich jak Kluska, Jeziorny i Rej, JTT, czy Kama zaczynając, a na tych wszystkich nieznanych, o których mowa w programie „Państwo w Państwie” kończąc. Z ostatnich tygodni słynne uznanie, że montaż szaf wnękowych to nie „modernizacja” mieszkania (8% VAT) tylko „dostawa mebli” (23%) i próby ściągnięcia od monterów „zaległych” podatków sprzed lat.
Zgadzam się, że „zamiast dowodzić na wysokim poziomie ogólności, że urzędnik to bezduszny przedstawiciel państwowego „świata ciemności” i jako taki z zasady musi czynić tylko zło”, należałoby „pokazać, gdzie działanie administracji należałoby faktycznie ulepszyć”. Z jednym zastrzeżeniem – przykłady którymi operuję nie są „na wysokim poziomie ogólności”. Dotyczą konkretnych ludzi zniszczonych przez fiskusa. A co do postulatów ulepszeń, proszę bardzo: na przykład ujednolicenie stawek podatku VAT.

Postulat, żeby „zmusić ustawodawców i urzędy do tego, by nie zmieniały tak często przepisów albo przynajmniej nim to zrobią, sprawdziły, jak wpływają one na życie ludzi (a w tym i przedsiębiorców)” ładnie brzmi, ale jak ich zmusić? Podobno „droga do tego nie wiedzie przez mniej regulacji, lecz przez regulacje lepsze”. Wiara w to, że urzędnicy, którzy dobrze jeszcze niczego, nigdy nie uregulowali zrobią to kolejnym razem przypomina wiarę żony alkoholika, że tym razem, to on już przestanie pić.
Święte oburzenie, iż „Polakom liberalna narracja zdaje się podobać do tego stopnia, że chcą nawet czytać książki na ten temat” jest zrozumiałe. Tego typu książki mogą wywoływać „niepokoje społeczne”. I dlatego do 1990 roku mieliśmy cenzurę. Może powinniśmy ją przywrócić? I zamiast antologii tekstów wolnorynkowych „Odkrywając wolność” autorstwa Leszka Balcerowicza, która w ciągu ledwie kilku tygodni osiągnęła status bestsellera (ponad 20 tys. sprzedanych egzemplarzy) będziemy znów wydawać Dzieła Zbiorowe Karola Marksa?
Diagnoza, że „żyjemy w kraju, w którym ceny mieszkań są od lat horrendalnie wysokie i absolutnie niedopasowane do parytetu siły nabywczej społeczeństwa” jest oczywiście słuszna. Za czasów, gdy w księgarniach stały działa Marksa, ceny mieszkań były o wiele bardziej „dostosowane do parytetu siły nabywczej”. Tylko mieszkań nie było. Ale kierując się postulatem podawania postulatów ulepszeń służę takowym: pozycja deweloperów wynika z… regulacji. Po 1989 roku najlepsze lokalizacje pod inwestycje mieszkaniowe trafiały do „krewnych i znajomych królika”. Było ich niewiele, więc marże osiągane z tych inwestycji były szalone co „ustawiło” sytuację na lata. Czy to rynek zrobił? Czy urzędnicy z ratusza? Do dziś w miastach nie uchwalono planów zagospodarowania przestrzennego. W tym gąszczu poruszają się najlepiej ci, którzy robią to od dawna. I potem dyktują ceny. Przyłączenia do sieci kanalizacyjnej dla indywidualnych inwestorów graniczą z cudem, więc ludzie wolą, zamiast budować samemu, zapłacić deweloperowi. Oczywiście, że „zmusza to Polaków do wiązania sobie u nogi ciężkiej kuli w postaci ogromnego (w stosunku do zarobków) kredytu rozłożonego na wiele lat”. Ale czy to aby nie ustawodawca uczynił kredytobiorców niewolnikami banków? Zasady emisji „pieniądza kredytowego” które uczyniły z banków władców świata wynikają z przyjętych regulacji prawnych. Podobnie jak jednostronna możliwość zmiany wysokości odsetek, czy zasady egzekucji należności ze słynnym Bankowym Tytułem Egzekucyjnym, który czyni z bankierów sędziów i komorników.

Więc zgodnie z postulatem, zgłaszania postulatów, w zakresie „budowlanki” zgłoszę postulat „zmuszenia” gminy do przyjęcia planów zagospodarowania przestrzennego. Jak? To akurat zrobić prosto: jak nie ma planu do końca 2014 roku właściciel może budować co chce. zgłoszę postulat. Zapewniam, że wtedy szybciutko plany zostaną uchwalone. A w zakresie kredytów – przynajmniej znieśmy BTE.

A w tezie o „żelaznej pięści niewidzialnej ręki rynku”, która ma uderzyć, jak w „worek treningowy” w różne grupy społeczne, które „naszym zdaniem do nierównej walki z wolnym rynkiem stawać nie muszą” – jak „na przykład nauczyciele” intryguje mnie najbardziej czyja ona jest? Bo w pierwszej osobie liczby mnogiej, to już nawet komuniści przestali mówić o sobie. Ale może to naleciałość po lekturze dzieł Marksa?