W tym samym czasie koordynujący negocjacje nad nową perspektywą finansową przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy zaproponował kompromis – cięcie wydatków Unii w latach 2014–2020 w stosunku do propozycji KE o 75 mld euro.

Aby przeciwstawić się fali cięć klub spójności musiałby do końca negocjacji utrzymać wspólny front. Wątpliwe jednak, aby to się udało, bo kraje, które go tworzą, mają sprzeczne interesy. Właśnie dlatego premier Tusk wolał wczoraj poprzestać na ogólnikach. Apelował o „zrównoważone cięcia” oraz „szybkie osiągnięcia porozumienia, bez czego reputacja Unii bardzo ucierpi”.

Do szesnastki należy np. Cypr, który jako kraj sprawujący obecnie przewodnictwo w Unii sam zaproponował ograniczenie wydatków w nadchodzących 7 latach o 50 mld euro (5 proc.) z czego nieproporcjonalnie dużo (13,9 proc.) właśnie na fundusze strukturalne. Do klubu należą także Czechy, które w przeszłości także przyłączyły się do płatników netto krytykując propozycję Komisji Europejskiej. Dwuznaczna jest rola Hiszpanii.

Hiszpania nie potrzebuje pomocy na rozwój infrastruktury, bo już ją z pieniędzy europejskich zbudowała. – Dla Madrytu ważniejsze jest utrzymanie dotacji rolnych, dlatego popiera on postulat Francji, aby nie ciąć wydatków na wieś. Ale te dwa cele są sprzeczne – mówi w rozmowie z DGP Cinzia Alcidi z brukselskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS).

Takie same stanowisko zajmuje inny członek klubu przyjaciół spójności, jakim jest Irlandia, która jest zbyt bogata, aby otrzymać fundusze strukturalne, ale dostaje duże wsparcie na rolnictwo.

Klub przyjaciół spójności dzieli także przynależność do strefy euro.

– Grecja, Portugalia, Irlandia i Hiszpania nie będą chciały zbytnio się narazić w negocjacjach budżetowych Niemcom, bo od tego zależy ich stabilność finansowa – uważa Alcidi.

W czasie wczorajszej konferencji w Parlamencie Europejskim premier Portugalii Pedro Passos Coelho rzeczywiście na pierwszym miejscu wymienił konieczność utrzymania jedności europejskiego rynku finansowego i dostępu do kredytów dla swojego kraju, a dopiero w drugiej kolejności ambitnej polityki strukturalnej.

OPINIA

Jan Olbrycht

eurodeputowany PO, były wiceszef komisji rozwoju regionalnego w Parlamencie Europejskim

Spotkanie przyjaciół spójności miało pomóc w uzyskaniu wspólnego stanowiska. Wszyscy mamy chyba świadomość, że szanse na osiągnięcie porozumienia na najbliższym szczycie w przyszłym tygodniu – są niewielkie. I dotyczy to oczywiście nie tylko polityki spójności, ale całego budżetu. Sytuacja jest jasna – jeżeli mają być cięcia finansowe, to trzeba wyznaczyć sektory, których one dotkną. W sposób naturalny przychodzą na myśl polityki pochłaniające najwięcej pieniędzy – czyli spójności i rolna. One są więc najbardziej zagrożone. Moim zdaniem cała dyskusja wokół budżetu i jego poszczególnych części dotyczy kształtu Unii Europejskiej, tego, czym ona ma być w przyszłości. Jeżeli chodzi o spójność, to Brytyjczycy starają się wrócić do optyki sprzed 2004 r., czyli pokazania polityki spójności jako pomocy dla najbiedniejszych. To zawęża problem. Ale jest też inny punkt widzenia, ten, który zaczął dominować po 2004 r., gdy zaczęto w ramach polityki spójności realizować i propagować także inne programy, jak np. nowoczesne technologie czy zieloną gospodarkę. Nie możemy prezentować polityki spójności jako jałmużny dla biedaków. Tym bardziej że jesteśmy sami przykładem na to, że te pieniądze przyczyniają się do inwestycji i wzrostu. I nie jest to jałmużna, lecz inwestycja. I tą kartą wciąż powinniśmy grać.