Nieco wcześniej Angela Merkel zaproponowała zwołanie konwentu w sprawie zmian w unijnych traktatach. To, co do niedawna było publicystyką, wchodzi do realnej polityki. Używając metafory premiera Tuska – materializuje się diabelska alternatywa. Albo przyłączymy się do bardzo kosztownej dla nas federacji, albo trafimy do menu – na unijne peryferie.

Tymczasem stoimy okrakiem. W przypadku paktu fiskalnego i unii bankowej jesteśmy za, a nawet przeciw. Nie chcemy wypaść z dyskusji i rzutem na taśmę popieramy kolejne projekty pisane w Berlinie, Brukseli i Paryżu. Gdy jednak dojdzie do przepisywania traktatów, będziemy musieli zająć jednoznaczne stanowisko. Odpowiedzieć sobie na serię pytań: czy chcemy być pod bankowym nadzorem paneuropejskim, czy chcemy harmonizacji podatków CIT i PIT, w jakim tempie przyjmujemy euro (co będzie związane z koniecznością dorzucania się do ratowania unijnych bankrutów w ramach Europejskiego Mechanizmu Stabilności), czy zgadzamy się na kontrolowanie polskiego budżetu przez Brukselę i ograniczenie prawa do zadłużania się. Czy chcemy bezpośrednich wyborów szefa KE i Rady Unii Europejskiej jako drugiej izby parlamentu unijnego – co proponują Niemcy.

Jeśli przyłączymy się do federalistów, zaakceptujemy związane z tym koszty. Największym z nich będzie konieczność przyjęcia euro, bo realna federacja powstanie w ramach 17 państw, a nie 27. Jeśli wybierzemy dystans – pozostanie nam iluzja udziału w europejskim procesie decyzyjnym.

Postawa za, a nawet przeciw, dziś jest skuteczna. Zbliża się jednak dzień, w którym będziemy musieli zdecydować, które plusy integracji europejskiej są dla nas dodatnie, a które ujemne. Rząd będzie musiał przedstawić bilans zysków i strat. A potem referendum. O kosztownym drugim wejściu do UE powinien zdecydować naród.