Rośnie ryzyko opuszczenia strefy euro przez Grecję. Były premier tego kraju, Lukas Papadimos, powiedział wczoraj, że taki krok jest realny. – Choć to stwierdzenie nie jest specjalnie odkrywcze, to taka wypowiedź w ustach wpływowego polityka przyczyniła się do pogorszenia nastroju na rynkach – uważa Sebastian Trojanowski z Noble Securities.

Większość europejskich giełd na słowa Papadimosa zareagowała spadkami. Tamtejsze indeksy straciły po ponad 2 proc. Przecenione zostało także euro. Obecnie wspólna waluta kosztuje już mniej niż 1,26 dol., czyli jest najtańsza od sierpnia 2010 r.

Pesymizm na rynkach europejskich odbił się i na warszawskim parkiecie, i na polskiej walucie. – Po trzech wzrostowych sesjach na GPW znów zagościły spadki – mówi Marek Nienałtowski, główny ekonomista DK Notus. Indeks największych spółek WIG20 stracił ponad 2,9 proc. i zamknął się na poziomie 2038 pkt. Złoty osłabił się w stosunku do wszystkich głównych walut o kilka groszy. Wczoraj po południu za euro płacono 4,39 zł, za dolara 3,49 zł, a za szwajcarskiego franka – 3,66 zł.

Co będzie dalej? Zdaniem analityków dzisiaj można liczyć na odreagowanie. – Ale pod warunkiem, że europejskie wskaźniki koniunktury gospodarczej okażą się zdecydowanie lepsze niż te z kwietnia, kiedy były fatalne. Ale nawet w tej sytuacji na rynkach będzie nerwowo – mówi Marek Rogalski, analityk walutowy w DM BOŚ.

Rynkowi raczej nie pomogą informacje z nieformalnego szczytu Eurogrupy. Zwłaszcza że między nowym prezydentem Francji Francois Hollande’em i kanclerz Niemiec Angelą Merkel widać coraz większe różnice w podejściu do kryzysu w Europie. To oznacza, że nie ma co liczyć na przełomowe decyzje. Zamieszanie na rynkach – zdaniem analityków – utrzyma się przynajmniej do czerwcowych wyborów parlamentarnych w Grecji. Wtedy okaże się, czy są szanse na dalsze oszczędności w tym kraju. Nawet jeżeli Grecy pozostaną w strefie euro i nadal będą dążyć do uzdrowienia finansów publicznych, problemy Europy się nie skończą.

– Uważam, że za kilka miesięcy, najpóźniej jesienią, na tapetę trafi Hiszpania. Tamtejsze banki mają ogromne kłopoty ze złymi kredytami i będą potrzebowały wsparcia rządu – mówi Marek Rogalski. Władze tego kraju pieniędzy nie mają, więc będą musiały je pożyczyć. Pytanie tylko od kogo.