Grecy uwierzyli, że zamożność kraju można zbudować na kredytach. To zgubne przekonanie umocniła w nich jeszcze pierwsza dekada przynależności kraju do unii walutowej. Zbyt niskie, jak na warunki Grecji, stopy procentowe oferowane przez Europejski Bank Centralny (EBC), a także zaangażowanie na ogromną skalę niemieckich i francuskich banków komercyjnych spowodowały, że niemal każdy mieszkaniec kraju mógł liczyć na korzystne pożyczki. Bonanza trwała.

Niemcy poszły inną drogą. Reformy przeprowadzone na początku tego wieku przez kanclerza Gerharda Schroedera były brutalne. W ich wyniku ograniczono przywileje socjalne, a rozpiętość w dochodach stała się o wiele większa niż w sąsiedniej Francji. W połączeniu ze wstrzemięźliwością rewindykacji płacowych związków zawodowych umożliwiło to poprawę konkurencyjności gospodarki. Niemcy okazali się cierpliwi. Efekty polityki zaciskania pasa pojawiły się bowiem dopiero 10 lat po rozpoczęciu reform.

Swój sukces Niemcy zawdzięczają także temu, że zadbali o zrównoważony rozwój kraju. Czyli taki, w którym ekspansja gospodarki opiera się nie tylko na usługach finansowych (jak w Wielkiej Brytanii) czy budownictwie (jak w Hiszpanii), lecz także na bazie przemysłowej, rosnącym eksporcie do Chin oraz konsumpcji wewnętrznej. Dzięki temu, gdy zawiódł jeden z silników wzrostu, pozostałe mogły podtrzymywać gospodarkę kraju.

Dowodem na to, że sukces Niemiec można powtórzyć gdzie indziej, jest przypadek Polski. Chyba każdy się zgodzi, że polski charakter narodowy daleko odbiega od osobowości naszych sąsiadów zza Odry. A jednak dzięki skutecznemu nadzorowi Narodowego Banku Polskiego uniknęliśmy nadmiernego boomu kredytowego (jak np. Węgrzy), a kolejne rządy prowadziły dość rozsądną politykę budżetową, przez co na tle Unii dług naszego państwa jest całkiem umiarkowany. Także związki zawodowe wykazały się odpowiedzialnością, gdy idzie o postulaty płacowe, przez co Polska nigdy nie przestała być konkurencyjna na rynkach międzynarodowych, jak to się stało na południu Europy.

Ten sukces w dużej mierze zawdzięczamy terapii szokowej Leszka Balcerowicza, która postawiła Polskę na torach trwałego rozwoju. Dziś autor reform nie ma wątpliwości, że kryzys w Grecji jest łatwiejszy do przełamania niż zapaść, w jakiej znalazł się nasz kraj u schyłku komunizmu. Wtedy w Polsce nie działało nic, grecka gospodarka wymaga zmian tylko w niektórych dziedzinach.

Jeśli więc Grecy w nadchodzących wyborach wyłonią rząd, który będzie miał równie jasną jak 20 lat temu w Polsce wizję koniecznych zmian i determinację, aby wprowadzić je w życie, już niedługo o „oszustach” i „leniuchach” z Aten nie będzie mowy.