W tym roku na naszym rynku zadebiutuje o połowę mniej nowych producentów niż w ubiegłym. To bardzo cieszy sieci już działające. Te dla odmiany planują dynamiczny rozwój.

A jest o co walczyć. Według prognoz firmy badawczej PMR sprzedaż odzieży i obuwia wzrośnie do 2013 r. do 33 mld zł z obecnych 29 mld zł. Rośnie też udział zakupów odzieży i obuwia w ogólnych wydatkach Polaków. Dziś jest to już 5 proc., podczas gdy w 2009 r. stanowiły one około 4,60 proc.

Jak szacują eksperci, w tym roku można oczekiwać napływu w sumie ponad 10 nowych marek odzieżowo-obuwniczych. W zeszłym roku zadebiutowało ich łącznie około 20. – Ale ogółem napływu nowych międzynarodowych marek w 2011 r. było więcej – prawie 40. Reprezentowały dom i ogród, modę, obuwie i gastronomię. Większość z nowych najemców wybrała Warszawę jako przyczółek przyszłej ekspansji w kraju – wyjaśnia Jan Jakub Zombirt, analityk z Jones Lang LaSalle.

A ponieważ w tym roku aż 45 proc. z 496 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej zostanie otwarte w mniejszych miastach, zainteresowanie nowych marek naszym krajem będzie mniejsze.

Do podejmowania działalności w naszym kraju zniechęca też słaby złoty. Z jego powodu czynsze za lokale handlowe, które są pobierane w euro, od stycznia 2011 r. zdrożały o około 10 proc. Wśród odważnych, których nie wystraszył słaby złoty, jest rosyjska sieć sklepów obuwniczych Kari, której założycielem jest rosyjski biznesmen Igor Yakovlev, niemiecka sieć odzieżowa Bonita, brytyjska F&F. W tym roku zobaczymy ich pierwsze salony. Chęć wejścia na nasz rynek deklarowała też Vertbaudet oferująca ubrania dla dzieci oraz Adolfo Dominguez z ekskluzywną odzieżą dla dorosłych.

– Wśród marek, które zapowiedziały już otwarcie sklepu w naszym kraju, są też American Eagle z USA i niemiecki NKD – oba oferują odzież i akcesoria, oraz Salewa z Niemiec (odzież sportowa) – ujawnia Jan Jakub Zombirt.

Eksperci podpowiadają, że niewykluczone są też nowe marki z Wielkiej Brytanii. Szczególnie że te, które zaistniały w poprzednich latach, jak Dorothy Perkins, Next czy Topshop, cieszą się wzięciem.

Ale nie tylko z niższej i średniej półki cenowej marki będą się rozwijały w Polsce. Choć ich przybędzie najwięcej.

– Polska wciąż jest atrakcyjna dla luksusowych brandów. Myślę, że jeszcze nie jest czas na pojawienie się salonu Chanel czy Hermesa, ale Prady czy Louis Vuittona jak najbardziej – uważa Jerzy Mazgaj, twórca Paradise Group, rozwijającej salony takich marek jak Burberry czy Ermenegildo Zegna.

Szczególnie że według analityków z firmy doradczej KPMG w najbliższych latach spodziewany jest duży wzrost sprzedaży w segmencie akcesoriów. Do 2015 r. ma on wzrosnąć o 38 proc., do 120,8 mln dolarów (obecnie ok. 387,7 mln zł). Głównie za sprawą osób z elity, wśród której do dobrego tonu uchodzi już posiadanie „it bag” – torebki będącej hitem danego sezonu. Mimo że segment odzieży luksusowej będzie dynamicznie rozwijał się w kolejnych latach – według raportu KPMG do 2015 r. wzrośnie do kwoty 288,5 mln dol. (ok. 926 mln zł) z obecnych 221,1 mln dol. (ok. 709 mln zł) – to tu też wchodzenie nowych marek będzie wolniejsze. Ubiegły rok przyniósł prawdziwy ich wysyp. Pojawiły się salony Gucci, Yves Saint Laurent, Lanvin, Bottega Veneta. Do tego jeśli już nowe marki będą wchodzić, to te faktycznie luksusowe, a nie aspirujące.

– Klienci z segmentu luksusowych marek nie oszczędzają, za to ci średni wybierający odzież z metką Hugo Boss czy Emporio Armani coraz częściej sięgają po Vistulę, by zaoszczędzić na ratę kredytu czy spłatę innych zobowiązań – uważa Jerzy Mazgaj.

To wyjaśnia, dlaczego największą ekspansję w tym roku planują niedrogie marki, np. sieć H&M, która zamierza przyspieszyć rozwój. Chce zwiększyć sieć o 15 proc. – czyli o 12 salonów. W ciągu 10-letniej obecności w Polsce uruchomiła 80 sklepów. Sieć Diverse otworzy 14 nowych salonów. Obecnie ma ich ponad 150. To możliwe, bo w mniejszych miastach pojawia się coraz więcej powierzchni do wynajęcia. Znane już w największych aglomeracjach marki chcą tam dotrzeć.