Bank Światowy na podstawie skomplikowanych modeli ekonometrycznych szacuje, że na całym świecie już 60 proc. wszystkich zatrudnionych pracuje na czarno. Łącznie wytwarzają niemal 1/6 dochodu narodowego świata – 10,6 bln euro rocznie. To już prawie tyle, ile jest warta legalna gospodarka krajów strefy euro (11,68 bln euro). W Polsce wartość szarej strefy dochodzi już do 200 mld euro rocznie, 150 razy tyle, ile kosztuje budowa II linii metra w Warszawie.

W latach prosperity, między 2000 a 2007 r., niepodlegający opodatkowaniu obrót gospodarczy dość szybko malał. Jednak wraz z załamaniem koniunktury w USA, Europie i znacznej części świata w 2008 r., praca na czarno nie tylko szybko odzyskała utracone pole, ale jej zasięg osiągnął nieznaną od dziesięcioleci skalę. Bank Światowy szacuje, że aż 27,6 proc. dochodu narodowego w Polsce (czyli około 220 mld dol. rocznie) w ogóle nie jest rejestrowane. W skali Europy to sporo, ale nie odstajemy aż tak bardzo od innych. W Niemczech szara strefa dostarcza 16,3 proc. PKB, w Szwecji 19,1 proc., w Grecji (to i tak zapewne nadmiernie optymistyczna ocena) 27,5 proc., a we Włoszech – 27.

Czytając takie szacunki, przywódcy Unii Europejskiej szybko mogliby dojść do wniosku, że najskuteczniejszym lekiem na przełamanie kryzysu długu byłoby wzmożenie kontroli fiskalnych. W końcu roczne dochody uzyskiwane z ukrytej działalności z nawiązką wystarczyłyby na spłacenie długu i zlikwidowanie deficytu budżetowego wszystkich państw UE. Ale to błędne rozumowanie. – W większości wypadków legalizacja działalności szarej strefy oznaczałaby jej dobicie – podkreśla w rozmowie z „DGP” Cinzia Alcidi z brukselskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS).

Kryzys sprzyja rozwojowi szarej strefy, bo coraz więcej przedsiębiorstw nie stać na zatrudnienie pracowników po legalnych stawkach. – To szczególnie prawdziwe w Polsce, gdzie w przypadku małych pensji podatki i składki socjalne opłacane przez pracodawcę stanowią aż 40 proc. kosztów zatrudnienia. Przedsiębiorca staje więc przed trudnym wyborem: albo wstrzymać (lub mocno ograniczyć) swoją działalność, albo obniżyć koszty, decydując się po części na nielegalne zatrudnienie. Dla firm rodzinnych stawką jest najczęściej zachowanie dorobku życia – mówi „DGP” Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan.

Turyści śpią pod mostem

Na tę drugą opcję decydują się w naszym kraju przede wszystkim prowadzący działalność handlową (np. zaniżając deklarowane obroty), warsztaty napraw samochodów i innego sprzętu oraz właściciele hoteli i restauracji. Łącznie, jak szacuje GUS, wymienione branże stanowią aż 42 proc. szarej strefy w Polsce. Jednak od wybuchu kryzysu najszybciej działalność poza okiem fiskusa rozwijają firmy transportowe i te, które oferują powierzchnię magazynową. Wymusza to rynek: coraz więcej klientów nie jest w stanie zapłacić za usługi na tyle dużo, by opłacało się je prowadzić w sposób legalny.

Podmioty gospodarcze zaniżają uzyskiwane dochody, a osoby fizyczne – chcąc przetrwać kryzys – nie rejestrują działalności.

Zdaniem Piotra Ciżkowicza, głównego ekonomisty Ernst & Young Polska, w naszym kraju już blisko 20 proc. wszystkich inwestycji jest dokonywanych w tajemnicy przed fiskusem. – To swoisty łańcuszek: firmy, które z powodu nadmiernych obciążeń i złych regulacji prawnych nie mogą działać legalnie, naruszają warunki równej konkurencji, co zmusza także ich rywali do ukrywania części dochodów – mówi „DGP”. Jego zdaniem jednym z rozwiązań jest utworzenie dużej kwoty wolnej od podatku PIT, co pozwoliłoby na legalizacji nawet takich zawodów, jak opieka nad dziećmi. Szara strefa mogłaby więc odegrać rolę niezwykle skutecznego katalizatora reform.

Na razie jednak rząd na te naciski nie reaguje. Zamiast ograniczyć wydatki państwa, woli mnożyć obciążenia dla przedsiębiorców, co jeszcze bardziej sprzyja rozwojowi drugiego obiegu gospodarczego. Szczególnie widać to w turystyce. Choć liczba zagranicznych gości odwiedzających nasz kraj z roku na rok rośnie, najwidoczniej coraz więcej z nich albo śpi pod mostem, albo na parkowych ławkach. Jak wynika bowiem z oficjalnych statystyk, tylko w ubiegłym roku liczba zarejestrowanych miejsc noclegowych spadła z 610 do 606 tys.

Wystarczy przejechać się po Wybrzeżu, aby przekonać się, że te statystyki to bzdura, a liczba pensjonatów rośnie. – Jednak nad Bałtykiem sezon trwa nie dłużej niż 50 dni, a opłaty i podatki trzeba płacić przez cały rok. Dlatego większość z nas ma do wyboru: albo zakończyć działalność, albo prowadzić ją przynajmniej częściowo po kryjomu – mówi „DGP” właścicielka jednego z pensjonatów w Krynicy Morskiej, z oczywistych względów prosząc o anonimowość.

W kryzysie szara strefa odgrywa rolę buforu i odciąża finanse publiczne

Szacuje się, że w Zakopanem od 30 do 50 proc. miejsc noclegowych oficjalnie nie istnieje. Tak przynajmniej wynika z różnicy między liczbą przyjeżdżających tu turystów a zarejestrowanych miejsc pobytowych. Właśnie z tego powodu Polska ma najmniej łóżek hotelowych w całej Unii Europejskiej: 66 na 10 tys. mieszkańców, wobec 245 średnio w zjednoczonej Europie.

Ukrywanie działalności przed fiskusem to niejedyny sposób na ratowanie płynności, ale także możliwość obniżenia ceny usługi tak, by było na nią stać klienta. – Bez tego wielu z nas, zamiast wysłać dzieci nad morze czy w góry, byłoby skazanych na „lato w mieście” albo opiekę babci – uważa Piotr Ciżkowicz.

To samo dotyczy edukacji. Jak szacuje CBOS, aż połowa rodziców posyła dzieci w wieku gimnazjalnym i licealnym na korepetycje. Szacuje się, że rynek jest wart 900 mln zł rocznie. Tyle że pozostaje on niemal całkowicie poza rejestrem urzędów skarbowych. Godzina korepetycji z matematyki czy chemii w dużych miastach kosztuje 50 zł. Legalizacja rynku korepetycji nie tylko zniweczyłaby szanse wielu młodych ludzi na dostanie się na dobre uczelnie, ale też ograniczyłaby nauczycielom możliwość zarobku.

Niemal 100 proc. usług krawieckich, recyklingu części maszyn i urządzeń, opieki nad dziećmi, sprzątania mieszkań odbywa się

poza fiskusem. Od wybuchu kryzysu szara strefa obejmuje coraz większą część usług remontowych i budowlanych. Zapewnia także byt około 300 tys. żyjącym na stałe w naszym kraju Ukraińcom, którzy choć trochę poprawiają tragiczny bilans demograficzny Polski.