W Europie zapanowała swoista moda na przepowiednie. Polski minister spraw zagranicznych ostrzega, że Europa znajduje się „na krawędzi przepaści”, francuski prezydent, że „jeżeli euro eksploduje, Europa może eksplodować”.

Całe życie spędziłem w świecie, w którym przy wszystkich zawirowaniach rzeczy zdawały się wciąż iść ku lepszemu. Faszyzm został pokonany. Dyktatury w Hiszpanii, Portugalii i Grecji upadły. Sowieckie imperium się zawaliło. W Afryce Południowej skończył się apartheid. Pokój i prosperity stały się normą dla mojej generacji na Zachodzie.

Jednak od czasu upadku Lehman Brothers w 2008 roku odkryliśmy, że sprawy zdecydowanie mogą iść gorzej. Pytanie tylko, jak dużo gorzej.

Ryzyko dotkliwego kryzysu gospodarczego w Europie jest poważne. Zagrożenie niewypłacalności państw i rozpadu strefy euro rośnie – a wraz z nim groźba upadku banków, paniki społecznej, głębokiej recesji i masowego bezrobocia. To rzeczywiście wygląda jak współczesna wersja Wielkiego Kryzysu.

Unia Europejska liczona jako całość jest największą gospodarką świata – więc gospodarczy chaos w niej miałby nieuniknione globalne konsekwencje. Osłabiłby handel i zagroził globalnemu systemowi finansowemu.

Lekcja z lat 30. jest taka, że globalna depresja osłabia demokracje, prowadzi do wzrostu znaczenia nowych, radykalnych sił, zwiększając ryzyko międzynarodowego konfliktu.

We współczesnej wersji lat 30. nowe pokolenie nacjonalistycznych polityków doszłoby do władzy w Europie; wraz z pogarszaniem się sytuacji gospodarczej na świecie znaczenia nabierałyby siły nacjonalistyczne i protekcjonistyczne poza Europą. Takie scenariusze nie są nieprawdopodobne. A jednak przy wszystkich analogiach nie mogę uwierzyć, że wracamy do lat 30. Są trzy główne powody, dla których sądzę, że tego unikniemy.

Po pierwsze sama wiedza o tym, co wydarzyło się 80 lat temu, może pomóc politykom w uniknięciu tamtych błędów. Po drugie 66 lat pokoju między głównymi potęgami odzwierciedla postęp cywilizacyjny, a nie jest tylko szczęśliwym cyklem w historii świata. I wreszcie świat rozwinięty startuje ze znacznie wyższego poziomu zamożności niż w latach 30. Podczas ekonomicznego krachu ludzie mogą stracić oszczędności, miejsca pracy i domy, ale raczej nie popadną w nędzę. Nie będą więc tak podatni na polityczną radykalizację.

Choć więc ryzyko dotkliwego kryzysu jest realne, nie wierzę, by groziła nam wojna. Być może to jednak brak wyobraźni kogoś, kto miał szczęście dorastać w okresie bezprecedensowego pokoju i prosperity.