Z początku było to bardzo prawdopodobne. Mimo recesji 2009 roku wydawało się, że wmontowane w demokrację mechanizmy stabilizacyjne skutecznie niwelują wszelkie napięcia. Najbardziej dotknięte pierwszą falą kryzysu kraje Zachodu po prostu wymieniły w drodze wyborów ekipy rządzące. W USA republikanina Busha zastąpił demokrata Obama. W Wielkiej Brytanii konserwatyści Camerona wzięli odpowiedzialność za kraj z rąk zmęczonych laburzystów. Podobnie było w najbardziej naznaczonych przez krach Grecji, Portugalii czy Islandii. Władza ani na chwilę nie znalazła się na ulicy, z której mógłby ją podnieść Lenin XXI wieku. Co innego dziś – w samym środku zapowiedzianego w większości krajów bogatego Zachodu wielkiego oszczędzania.

Już latem w anglosaskich mediach głośnym echem odbiło się badanie Jacopo Ponticelliego i Hansa-Joachima Votha z uniwersytetu Pompeu Fabra w Barcelonie. Stworzyli oni bazę danych wszystkich znaczących niepokojów społecznych w Europie od 1919 do 2009 roku i dowiedli, że prawdopodobieństwo ich wybuchu rośnie dwukrotnie, gdy cięcia wydatków przekroczą 5 proc. PKB. I w zasadzie nie ma wielkiej różnicy, czy kraj jest demokracją, czy reżimem autorytarnym.

Dużo bardziej przewrotny wniosek płynie z innego i mniej znanego badania tych samych autorów, gdzie ich próbką badawczą były lata 1980 – 1995. Naukowcy stwierdzają w nim, że o ile cięcia wydatków wyprowadzają ludzi na ulice, to podwyżki podatków (a więc drugi sposób równoważenia budżetu) już nie. Dlaczego? Bo zwiększanie obciążeń fiskalnych silniej uderza w klasę wyższą i średnią. A elity choć nadają kształt debacie publicznej, to są mniej skłonne do wychodzenia na ulice. Z kolei zmniejszenie poziomu świadczeń i usług publicznych najsilniej dotknie tych, którzy i tak są bardziej sfrustrowani.

Inny smutny dla Zachodu wniosek można wyczytać z badań asów amerykańskiej ekonomii Darona Acemoglu z MIT i Jamesa Robinsona z Harvardu. Brzmi on: demokracjom trudniej niż reżimom autorytarnym rozładować motywowane ekonomicznie niezadowolenie społeczne. Dyktatorzy mogą zawsze wymknąć się niezadowoleniu, robiąc krok w kierunku demokracji: rozszerzając prawa wyborcze, liberalizując represje itd. Zachodni premierzy nie mają takiego pola manewru.

Pewnym rozwiązaniem wydaje się redystrybucja, czyli podzielenie się dochodem z najbiedniejszymi. Pokazuje to niedawne studium Patricii Justino z brytyjskiego University of Sussex (autorka badała wpływ posunięć redystrybucyjnych na spokój społeczny w niezwykle socjalnie podzielonych Indiach) czy praca Alberto Alesiny i Roberto Perottiego (im szersza, choć tym samym biedniejsza klasa średnia, tym spokojniej). Te ostatnie rady wiążą się jednak ze zwiększaniem wydatków, czyli są na dobrą sprawę pójściem dokładnie w przeciwnym kierunku niż równoważenie budżetu. I koło się zamyka.

Być może dlatego studium przygotowane w listopadzie 2008 roku w War College Armii USA radzi: politycy i armia powinni być przygotowani na motywowane ekonomicznie nieprzewidywalne i dramatyczne wystąpienia ludności, podobnie jak przygotowują się na atak terrorystyczny czy inwazję wojsk obcego kraju.