Inwestorzy i agencje ratingowe z niecierpliwością czekają na decyzje gospodarcze rządu. Te ostatnie ostrzegają przed przed obniżką naszego ratingu. Zrobił to już Fitch, w podobnym tonie wypowiedział się Moody’s. Koniec roku będzie więc krytyczny dla oceny Polski. Expose premiera i poprawiony projekt budżetu na przyszły rok zdecydują, czy agencje ratingowe spełnią swoją groźbę i mniej przychylnie spojrzą na Polskę.

Jak ustaliliśmy, rząd zaczął już prace nad zmianami w projekcie budżetu na 2012 r. Zostanie zmieniona m.in. prognoza makroekonomiczna, na której jest oparty. Dotychczasowa przewiduje, że polska gospodarka urośnie w przyszłym roku o 4 proc., podczas gdy większość ekonomistów przewiduje, że będzie to w okolicach 3 proc. Resort finansów ma świadomość, że przyjęte na wiosnę założenia są nieaktualne, czeka na najświeższe dane z gospodarki m.in. o wzroście PKB za III kwartał i możliwe rozstrzygnięcia w Unii w sprawie kryzysu euro. Potem zobaczymy zmiany w projekcie.

Pieniądze Fot. Shutterstock

Pieniądze Fot. Shutterstock

źródło: ShutterStock

– Rząd powinien poprawić komunikację z rynkiem. Nie można mówić, że założenia budżetu są realistyczne, jeśli rynek i agencje ratingowe postrzegają to inaczej. Lepszy efekt dałby komunikat, że rząd zdaje sobie sprawę z zagrożeń i jest gotów na zmianę polityki monetarnej i fiskalnej – mówi b. minister finansów Mirosław Gronicki. Czasu zostało mało, bo agencje w grudniu i styczniu będą podejmowały decyzje w sprawie ratingu Polski.

Za euro mamy płacić w przyszłym roku 4,0 zł

Gorąco też będzie na rynku walutowym. Rząd jest zdeterminowany, aby nie osłabiał się złoty, bo wtedy rośnie dług denominowany w walucie w stosunku do PKB. Jeśli nie wesprze naszej waluty zapowiedziami reform, złoty może tracić na wartości. A obecny plan redukcji deficytu oparty jest na tych samych założeniach co budżet. Oprócz wysokiej prognozy wzrostu mamy też prognozę umacniającego się złotego – za euro mamy w grudniu płacić 4,35 zł, a w przyszłym roku 4 zł. A osłabienie naszej waluty, jak szacuje Maciej Rapkiewicz, ekspert Instytutu Sobieskiego, o 10 proc. to wzrost relacji zadłużenia do PKB o 1,48 proc. (w roku 2012). Z kolei niższa o 1 pkt proc. dynamika PKB to wzrost tej relacji o kolejne 0,98 proc. (w roku 2012). Pierwszy scenariusz jest realny, drugi niemal pewny. Biorąc pod uwagę, że na koniec tego roku relacja długu do PKB to 53,8 proc., dodatkowe 2 punkty, o które może urosnąć nasz dług, wyprowadzą nas ponad granicę 55 proc.

Dlatego jeszcze zanim rząd pokaże budżet, bardzo ważne będzie expose premiera. Bo w nim ma się znaleźć deklaracja o dotrzymaniu zobowiązań w sprawie zmniejszania deficytu i środkach, jakimi zostanie to dokonane. – Mam nadzieję, że rząd nie będzie potrzebował negatywnych ocen agencji ratingowych, by działać. Znane od czterech lat deklaracje w czasie przyszłym niedokonanym nie wystarczą, teraz trzeba zrobić coś więcej – mówi prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC. Agencje interesuje przede wszystkim to, aby w krótkim czasie finanse publiczne się spięły. – Rząd musi się przyjrzeć, jakie ma rezerwy w dochodach, np. możliwość podwyżki VAT. To samo trzeba zrobić z wydatkami, ocenić, na ile można je zmniejszyć, i wdrożyć ten plan nawet kosztem zmiany prawa – podkreśla Mirosław Gronicki.

Polska ma kilka atutów, które powodują, że sytuacja na razie jest pod kontrolą. Pierwszy to gospodarka, która na razie trzyma się mocno. Spowolnienie spływa do nas wolniej, niż spodziewali się eksperci. Po drugie niezła sytuacja w finansach publicznych – deficyt budżetu będzie niższy o ponad 10 mld zł od zapisanego w projekcie budżetu, a resort finansów zgromadził około 50 mld zł w gotówce na wypadek zawirowań na rynkach.

Do tego rząd w sytuacji zagrożenia może ratować się doraźnymi kołami ratunkowymi. Wyciągnąć pieniądze z Funduszu Rezerwy Demograficznej, zamrozić wydatki Funduszu Pracy czy zawiesić wpłaty do OFE. Wszystko to może przynieść nawet około 25 mld zł. Co więcej, rząd otrzyma też zapewne zdecydowanie więcej niż zapisane przez niego zero z zysku NBP. Jak pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, może to być kwota sięgająca nawet do kilkunastu mld zł. Tyle że rynki i ekonomiści czekają nie na doraźną łataninę, ale poważne zmiany.