Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że w latach 2007 – 2009 firmy odliczyły z tytułu wydatków poniesionych na nowoczesne technologie zaledwie 32 mln zł. Tak skromne kwoty nie świadczą o braku zainteresowania polskich przedsiębiorstw narzędziami usprawniającymi ich działalność, lecz o źle skonstruowanych przepisach.

– Przedsiębiorca może odliczyć od podstawy opodatkowania tylko połowę wydatków na nabycie nowej technologii. W dodatku prawa do odliczeń nie mają firmy rozliczające się ryczałtem i liniowo, działające na terenie stref ekonomicznych i te, które skorzystały z dotacji unijnych na zakup nowych technologii – wylicza dr Joanna Szlęzak-Matusewicz, kierownik zespołu analiz podatkowych z Tax Care, jednej z największych w Polsce firm specjalizujących się w obsłudze finansowej przedsiębiorstw.

Firmy mogą skorzystać z ulgi wyłącznie wtedy, gdy nabywają wartości niematerialne i prawne, czyli np. licencje, patenty bądź programy komputerowe.

Takich barier jest więcej. Gdy firma kupi nowy komputer z już zainstalowanym na nim nowatorskim oprogramowaniem, to odliczenie nie jest możliwe. Co więcej, każda firma chcąca skorzystać z technologicznej ulgi musi przedstawić opinię niezależnej jednostki naukowej, która potwierdzi innowacyjność technologii oraz to, że nie jest ona stosowana na świecie dłużej niż pięć lat. Problem w tym, że MF nie podaje nawet listy jednostek wydających te opinie i przedsiębiorcy błądzą po uczelniach, instytucjach i laboratoriach.

Te ograniczenia sprawiają, że firm po prostu nie stać na inwestycje w nowoczesne technologie, co jednocześnie ogranicza ich rozwój. Sprawa stała się częścią kampanii wyborczej. PiS proponuje w swoim programie, aby przedsiębiorcy mogli odliczać od podatku 100 proc. inwestycji na nowe technologii. Choć na temat szczegółów partia milczy, to zdaniem ekspertów takie rozwiązanie zachęciłoby firmy do inwestycji, przyspieszyło ich rozwój i tym samym pozytywnie odbiło się na całej gospodarce. – Ważne, aby ulga została rozszerzona na środki trwałe, bo to przecież dzięki nowoczesnym narzędziom przedsiębiorcy mogą produkować szybciej, taniej i lepiej – uważa Szlęzak-Matusewicz z Tax Care.

Innymi słowy lepszy i taniej nabyty sprzęt sprawia, że firma jest bardziej innowacyjna, a tym samym bardziej konkurencyjna. Wytwarza zatem więcej, więcej zarabia i więcej oddaje do państwa z tytułu podatków.

Przedsiębiorcy chcą zmieniać prawo, by konsultacje społeczne nie były fikcją

Przedstawiciele biznesu domagają się włączenia ich w proces tworzenia prawa gospodarczego. Uważają, że obecnie dialog społeczny jest upolityczniony, co szkodzi zarówno im samym, jak i obywatelom. – Dotyczące nas przepisy powstają bez naszego udziału, przez co są oderwane od rzeczywistości i niespójne – uważa Marek Goliszewski, prezes Business Center Club, które zorganizowało konferencję poświęconą temu problemowi.

Z przeprowadzonych na żywo podczas spotkania badań wynika, że według połowy polskich firm konsultacje społeczne – choć gwarantuje je konstytucja – są całkowitą fikcją. – Nieco optymizmu dodaje sprawie to, że są też tacy, którzy uważają, że mogłyby być pożyteczne, gdyby zmienić ich zasady – zwraca uwagę Zbigniew Żurek, wiceprezes BCC oraz autor badania.

Wspólnie z Naczelną Radą Adwokacką i kilkoma kancelariami prawnymi BCC zaproponowało wprowadzenie mechanizmów, które zagwarantowałyby przedsiębiorcom czynny udział w procesie tworzenia prawa. Chodzi głównie o transparentność procesu i zastosowanie w nim różnych form konsultacji, takich jak badania w wybranych grupach fokusowych, wysłuchania publiczne czy panele dyskusyjne.

Zdaniem przedsiębiorców ważne jest także, aby konsultacje społeczne przeprowadzane były na każdym etapie tworzenia przepisów. Miałoby to zagwarantować, że będą one czytelne dla przedsiębiorców i będą służyć ich szybkiemu rozwojowi, zamiast – jak często ma to miejsce obecnie – go hamować.