Telewizje informacyjne czeka rewolucja. Stacje, które dotychczas ścigały się między sobą na szybkość podania newsa, idą coraz dalej w kierunku infotainment, czyli fuzji informacji (information) oraz rozrywki (entertainment). Zmusza je do tego internet – by wygrać z nim rywalizację, będą musiały stać się jeszcze bardziej rozrywkowe i wyraziste. Nadchodzi era tele-internetowo-informacyjnych hybryd, walczących o uwagę widza nie tylko na ekranie telewizora, ale także komputera.

– Internet całkowicie zmienił sposób oglądania telewizji. Media społecznościowe to rozpraszacze uwagi widzów. Walka o nią jest trudniejsza niż kiedykolwiek wcześniej – mówi „DGP” Katherine Green, wiceprezes CNN International, odpowiedzialna za globalną ramówkę stacji. Widzowie nie chcą już tylko śledzić tego, co wybierają dla nich redaktorzy. Domagają się prezentowania innych punktów widzenia, a także możliwości komentowania i wpływu nawet na sam kształt programu.

– Coraz bardziej powszechne staje się korzystanie z kilku mediów jednocześnie. W Korei ludzie spędzają w ten sposób nawet 6 godzin dziennie. Robimy dziś program tak, by widzowie chcieli jednocześnie komentować go w internecie czy dzielić się swoimi spostrzeżeniami i linkami na Facebooku i Twitterze – dodaje Green.

Twittonadawanie

Takie potrzeby zmieniają sposób prezentacji informacji. Stała się bardziej dynamiczna, przypominająca pierwszą stronę portalu internetowego. Za kosmetyką wizualną poszły też zmiany w ramówce.

Ramówka CNN jest wciąż wypełniona programami informacyjnymi. Ale między nimi pojawiło się wiele audycji, które omawiają wydarzenia, nie tylko przyciągając widza do telewizora, ale zachęcając go do uruchomienia komputera. „BackStory” prowadzone przez Michaela Holmesa wykorzystuje materiały przysyłane przez samych oglądających, którzy byli w miejscu zdarzenia i nagrali film komórką. Widzowie mogą je komentować na Twitterze, profilu programu na Facebooku i oczywiście na stronie CNN. Stacja stworzyła też „iReport”, serwis, dzięki któremu oglądający mogą publikować swoje materiały, wykorzystywane potem w głównym programie. Dzięki temu często ma ujęcia z miejsc, w których dzieje się coś ważnego, nakręcone przez naocznych świadków.

W podobnym kierunku idzie TVN 24. Stacja ma własny portal TVN24.pl, który odgrywa coraz ważniejszą rolę w walce o widza – teleinternautę. By go zaangażować, redakcja uruchomiła Kontakt24.pl, serwis i aplikację komórkową, pozwalającą użytkownikom nagrywać materiały wideo i wrzucać bezpośrednio na stronę. W takich sytuacjach jak powódź, pożary, manifestacje – które są tematami przyciągające największą widownię – to narzędzie dodatkowo angażujące widzów i przyciągające kolejnych przy użyciu Facebooka czy Twittera.

– Jesteśmy stale poddawani coraz większej liczbie bodźców. Widz dostaje swoistego ADHD, więc telewizja musi iść tym tropem. Coraz więcej będzie w niej rozrywki mającej przykuć naszą coraz bardziej rozproszoną uwagę. Tylko tak można wygrać z internetem – dodaje w rozmowie z „DGP” medioznawca Wiesław Godzic.

Sara Snider, na co dzień indyjska korespondentka CNN International, wylądowała w Libii w połowie sierpnia, w najbardziej gorącym momencie walk, gdy powstańcy zbliżyli się do stolicy państwa. Ich marsz w kierunku Trypolisu i siedziby Muammara Kaddafiego relacjonowała przez kilkanaście kolejnych dni. Nie tylko na antenie stacji – zebrane materiały pokazywane były w „Backstory” i „iReport”, gdzie mieszały się z filmami nadsyłanymi przez widzów. Snider kręciła to, co się dzieje wewnątrz pałacu Kaddafiego w trakcie trwających tam walk. Jednocześnie zamieściła na Twitterze ponad 40 wpisów relacjonujących wydarzenia w Trypolisie: „Musimy uciekać. Ktoś zaczyna strzelać w naszym kierunku” – pisała 26 sierpnia.

Taki sposób pracy dziennikarzy stacji informacyjnych to już dzisiaj standard. Jednocześnie piszą blogi, twittują, publikują informacje na Facebooku. A stacja miesza to wszystko w jeden przekaz, którym próbuje przyciągnąć widza do telewizora. Chuck Todd, korespondent telewizji NBC w Białym Domu, zaczyna dziś dzień od wpisu na blogu First Read. Potem wykonuje klasyczną robotę dziennikarza telewizyjnego, wchodząc na żywo po kolei w każdym programie stacji od „Today” po „Morning Joe”. Pod koniec dnia musi napisać jeszcze od ośmiu do dziesięciu postów na Twitterze lub Facebooku, a także dwa, trzy wpisy na blogu.

Kolegia kanałów informacyjnych, na których zapadają decyzje, w jaki sposób telewizja pokazywać będzie konkretne wydarzenia, zaczyna się od dyskusji na temat tego, co dzieje się w internecie. – Kiedyś mówiło się, że jeśli nie ma cię w telewizji, nie istniejesz. To wciąż prawda, ale częściowo. Dziś ta zasada brzmi nieco inaczej – jeśli nie ma cię w internecie, nie ma cię wcale. Bo jeśli nikt nie pisze o tobie w sieci, nie pokaże cię też żaden kanał informacyjny – mówi wydawca w jednej ze stacji informacyjnych w Polsce.