Inwestorzy od kilku dni z niepokojem oczekują na dzisiejsze, doroczne spotkanie dyrekcji Rezerwy Federalnej w Jackson Hole w stanie Wyoming. Ben Bernanke może na nim ogłosić nowy program zdynamizowania amerykańskiej gospodarki. Dokładnie rok temu przy tej okazji bank centralny uruchomił plan wpompowania 600 miliardów dolarów w gospodarkę (tzw. quantitative easing 2), dzięki któremu koszt kredytów w USA znacząco spadł.

W dłuższej perspektywie skuteczność poluzowania polityki pieniężnej (QE2) jest jednak wątpliwa. Rok po zainicjowaniu programu gospodarka USA znów jest w kłopotach. Jak pokazują najnowsze dane, tempo wzrostu spadło w drugim kwartale do zaledwie 1,1 proc. w skali roku, podczas gdy bezrobocie wciąż dotyka ponad 9 proc. osób w wieku produkcyjnym.

Zdaniem analityków banku Morgan Stanley Bernanke i tym razem będzie chciał wpompować w gospodarkę pusty pieniądz, choć już nie na taką skalę jak w 2010 r. Może w tym celu użyć jednego z trzech instrumentów:

● wykorzystać posiadane obligacje skarbu państwa, których termin zapadalności właśnie się zbliża, dla zakupu długoterminowych bonów skarbu państwa, wprowadzając w ten sposób na trwałe dodatkową masę pieniądza;

● sprzedać krótkoterminowe obligacje niezależnie od tego, kiedy mija termin ich zapadalności i kupić w zamian 10-letnie bony skarbowe lub nawet papiery o jeszcze dłuższym terminie zapadalności, uzyskując podobny efekt;

● obniżyć oprocentowanie kredytów, jakie udziela bankom komercyjnym w zamian za przetrzymywanie ich kapitałów. To skłoni instytucje finansowe do wprowadzenia dodatkowych pieniędzy na rynek.

Analitycy Citibank wskazują jednak, że pole manewru Rezerwy Federalnej jest o wiele mniejsze niż w zeszłym roku. Jednym z powodów jest już teraz bardzo poważne obciążenie aktywów banku centralnego zakupem amerykańskich obligacji (2,2 biliona dolarów). Inną przyczyną jest coraz większe zaniepokojenie rynków finansowych szybko rosnącym długiem. Na początku sierpnia, po raz pierwszy w historii, agencja Standard & Poor’s obniżyła z AAA do AA+ ocenę ryzyka kredytowego Stanów Zjednoczonych. Poluzowanie polityki pieniężnej może także zwiększyć inflację (której roczny wskaźnik w lipcu i tak już osiągnął 3,63 proc.) i przyspieszyć wzrost cen żywności i surowców, co spowoduje spowolnienie gospodarki, a nie jej przyspieszenie.

Ben Bernanke nie ma też już w swoim ręku innego, kluczowego instrumentu polityki monetarnej: możliwości obniżenia stóp procentowych. Cena pieniądza jest bowiem już w USA na historycznie niskim poziomie.

– Inwestorzy jak tonący brzytwy chwytają się każdego sygnału, który może świadczyć o tym, że gospodarka amerykańska ponownie ruszy z kopyta. Jednak naszym zdaniem nadzieje, że Bernanke przedstawi nowy, ambitny plan stymulacji gospodarki, jest złudzeniem, bo nie ma on po prostu na to środków – uznał Nick Stamenkovic, analityk domu maklerskiego RIA Capital Markets z Edynburga.

O tym, że większość inwestorów podzielała właśnie taką opinię, świadczył wczoraj gwałtowny (poniżej 2 proc.) spadek rentowności amerykańskich obligacji. Nie była ona tak niska od prawie 60 lat. Spadek rentowności to wynik rosnącego popytu na amerykańskie obligacje. Inwestorzy nie spodziewają się zarobku na zakupie akcji amerykańskich spółek i szukają pewnych lokat kapitału.