Kiedy Bill Clinton ubiegał się o elekcję, motywem przewodnim jego kampanii było hasło „Gospodarka, głupcze”. W Polsce, choć kryzys wciąż czai się za progiem, dla polityków jest to dziedzina trzeciorzędna. Nie lubią jej, nie czują się w niej mocni, ale nie mają wyjścia i muszą o niej mówić. Dlatego dywagują o okrutnej drożyźnie i wielkim długu. Zgodnie ze starą zasadą można też obiecać wszystko, dopóki nie trzeba pod tym złożyć podpisu.

PO, PiS, SLD i PSL – każda z tych partii, mających największe szanse na następną kadencję Sejmu, uczestniczyła już w rządach. Spróbujmy na podstawie tego, co robili wówczas ich politycy i co głoszą teraz, ustalić, czego możemy się spodziewać, gdy zasiądą w ministerialnych ławach. Konkretnie – jakie mają wizje gospodarki.

PO zrywa z liberalizmem

– Józef Piłsudski wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku „Niepodległość”, a PO z tramwaju liberalnego na przystanku władza – uważa Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. Jego zdaniem to partia, która przeszła największą ewolucję poglądów gospodarczych i z liberalizmem ma już niewiele wspólnego.

Z zapowiadanej reformy podatkowej 3x15 (proponowane stawki PIT, CIT i VAT) nic nie zostało. Nie dość, że porzucono zamysł podatku liniowego po sprzeciwie PSL, to jeszcze VAT poszedł w górę z 22 do 23 proc.

Choć Platforma stara się sprawiać wrażenie partii, której najbardziej zależy na gospodarce i ma najwięcej ekspertów w tej dziedzinie, mocno zadłużyła kraj (w relacji do PKB zagrożony był nawet próg 55 proc.) i nie zrealizowała licznych zapowiedzi, jak wprowadzenie budżetu zadaniowego, zrównanie wieku emerytalnego i usunięcie przywilejów służb mundurowych. Ograniczyła za to transfery do OFE. Osiągnięciem wydają się emerytury pomostowe.

Partia opowiada się za szybką prywatyzacją i na tym polu ma spore sukcesy. Niestety, prywatyzacja nabrała tempa dopiero wtedy, gdy kryzys zmusił rząd do desperackiego poszukiwania pieniędzy. Po drugie, w ubiegłym roku partia przeżyła okres fascynacji ideą tworzenia narodowych czempionów i zamiast na prywatyzację część energii skierowano na łączenie firm państwowych.

Choć PO wypisała na sztandarach hasło likwidacji biurokratycznych barier dla przedsiębiorczości, sejmowa komisja Przyjazne Państwo ma umiarkowane sukcesy w tej dziedzinie. Zresztą trudno mówić o działaniu na rzecz biznesu, skoro rząd podnosi płacę minimalną do 1,5 tys. zł, a szef klubu PO Tomasz Tomczykiewicz uznaje złożony przez „S” projekt ustawy podwyższający ją do 50 proc. średniego wynagrodzenia za rozsądny.

Platforma nie ograniczyła biurokracji, która urosła w cztery lata o 100 tys. ludzi, ale także nie przeprowadziła reform, których można się było po niej spodziewać, np. zniesienia ulg rodzinnych dla ludzi zamożnych. Swój aktualny program ma przedstawić w połowie września.

PiS kocha złotego

Partia Jarosława Kaczyńskiego idzie do wyborów ze starymi hasłami patriotyzmu gospodarczego, walki z oligarchią biznesową i drożyzną. Trudno tu jednak o konkrety, poza pomysłem obniżki akcyzy. I trudno oprzeć się przeczuciu, że pod rządami tej partii gospodarka miałaby znaczenie trzeciorzędne.

Na swoim blogu prezes PiS zamieścił zobowiązanie do objęcia ochroną dyplomatyczną i wsparciem finansowym zagranicznych inwestycji polskich firm. PiS wciąż nie ma natomiast litości dla oligarchów, bo „jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”. Cztery lata temu był spot „Mordo ty moja”, a teraz mówi się o potrzebie sięgnięcia do głębokich kieszeni na walkę z kryzysem.

Prezes snuje też refleksje na temat „kryzysu turbokapitalizmu”, którego wyznawcami mieliby być politycy Platformy. Przeciwstawia mu złote lata 2006 – 2007, kiedy gospodarka rosła ponad 6 proc. rocznie. Nie wspomina o ówczesnej świetnej koniunkturze na świecie i mimo niej wykazywaniu deficytu finansów publicznych.

PiS konsekwentnie neguje pośpiech przy wprowadzeniu w Polsce euro. „Złoty powinien trwać co najmniej 20 lat i być trzecią walutą rezerwową w naszym regionie po euro i dolarze” – zapowiedział prezes Kaczyński, budząc zdumienie ekonomistów zwłaszcza drugą częścią wypowiedzi.

W kwestii emerytur proponuje Polakom wybór miejsca, do którego chcą kierować swoje składki: OFE czy ZUS. Sami mieliby też określać ich wielkość. Tu wiele łączy PiS z PSL.

Partia Jarosława Kaczyńskiego dalej sprzeciwia się sprzedawaniu „sreber rodowych”, choć szybko ich ubywa, a Polacy oswoili się już w dużej mierze z prywatyzacją. Najbardziej zaciekle atakuje plany sprzedaży Lotosu (grozi Aleksandrowi Gradowi Trybunałem Stanu, jeśli sprzeda firmę Rosjanom) i SPEC (dąży do referendum w tej sprawie). Wszystko to wiąże z bezpieczeństwem energetycznym, kolejnym swoim konikiem. „Nie wolno dopuścić do przejęcia firm przez obcych właścicieli tak, jak stało się to w Anglii czy na Węgrzech” – to słowa prezesa Kaczyńskiego. Rządowi PiS udało się sprzedać tylko kilka firm – PZL Mielec czy Stocznię Gdańską i Polskie Huty Stali. To był najgorszy rezultat od początku lat 90., z czego akurat PiS jest dumny.

W programie PiS roi się od ogólników. Do końca 2012 roku mają zostać zreformowane finanse publiczne. Mówi się o racjonalizacji wydatków, efektywności ściągania podatków, reformie VAT czy odblokowaniu gospodarki przez zlikwidowanie barier administracyjnych.

Na razie jeden z niewielu konkretów to postulat odejścia od koncepcji wielu spółek PKP. – Należy powołać jeden silny podmiot – uważa wiceprezes partii Beata Szydło.

PiS od dawna chce obciążyć banki dodatkowym podatkiem, nie zwracając uwagi, że wzrosną przez to koszty usług.