W lipcu wzrost produkcji odnotowało 19 działów gospodarki, a spadek 15 – podał GUS. W ubiegłym miesiącu podobnie jak w kilku poprzednich najlepiej wiodło się wytwórcom metali i wyrobów z metali, mebli, urządzeń elektrycznych, pojazdów samochodowych, przyczep i naczep.

Najbardziej na spadku zamówień ucierpieli producenci napojów. Z powodu słabej pogody odnotowali 22,4 proc. spadek popytu. O niemal 14 proc. spowolniła produkcja komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych, a o 8,7 proc. chemikaliów i wyrobów chemicznych. Te dwie ostatnie branże są już ściśle powiązane z eksportem.

W sumie w porównaniu z czerwcem produkcja przemysłowa spadła w lipcu o 6 proc. A z lipcem ubiegłego roku wzrosła o 1,8 proc., choć ekonomiści spodziewali się, że wzrost wyniesie 3,5 proc.

– Przyczyną utrzymania niskiego tempa wzrostu produkcji przemysłowej jest spowolnienie dynamiki popytu zewnętrznego, do czego przyczyniło się osłabienie tempa wzrostu niemieckiej gospodarki, a także pozostałych krajów strefy euro. To efekt wyczerpania się czynników korzystnych dla eksportu Eurolandu – np. relatywnie słabego euro. Do tego spowalnia wzrost w krajach Azji – Japonii, Chinach, Indiach, głównych odbiorców dla strefy euro – tłumaczy Adam Czerniak, ekonomista Invest Banku.

Dodaje, że z tego powodu jego zdaniem w najbliższych miesiącach tempo wzrostu produkcji przemysłowej w Polsce wyhamuje niemal do zera.

– Dane wydają się niestety potwierdzać hamowanie gospodarki. Taki scenariusz realizuje się w całej Europie. To oznacza, że eksport nie rośnie już tak szybko i że popyt wewnętrzny również został przyhamowany. Nasza gospodarka nadal będzie spowalniała w drugiej połowie roku. Prognozuję, że wyhamuje do 3 proc. PKB w czwartym kwartale, ale zobaczymy, czy nie będzie gorzej – mówi Witold Orłowski, członek Rady Gospodarczej przy premierze.

To spowolnienie będzie jeszcze bardziej odczuwalne w przyszłym roku. Adam Czerniak uważa, że jeszcze w tym uda się utrzymać średnie PKB na poziomie 4 proc., ale na przyszły prognozuje wzrost gospodarczy w wysokości 3,3 proc. Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku, jest zdania, że gospodarka w 2012 r. spowolni nawet do 3,2 proc. Uzasadnia to słabnącym popytem zewnętrznym, ale i wewnętrznym.

– Firmy albo już przestały zatrudniać, albo zrobią to w najbliższych miesiącach. To, że jeszcze widzieliśmy wzrost wynagrodzeń, jest wynikiem przeszłej aktywności gospodarczej, ale większość przedsiębiorstw nie planuje w najbliższych miesiącach podwyżek. To musi wpłynąć na konsumpcję – mówi Marcin Mazurek z zespołu analityków BRE.

Do tego wysoka inflacja w połączeniu z drożejącymi ratami kredytów hipotecznych powoduje, że Polacy mają coraz mniej wolnych środków, co jeszcze dodatkowo hamuje konsumpcję. Zaciskanie pasa podsyca też niepewność co do przyszłej sytuacji zawodowej.

Jak twierdzi Wiktor Wojciechowski, wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju, jeśli spowolnienie utrzyma się w kolejnych miesiącach, to oczekiwany spadek bezrobocia w przyszłym roku trzeba będzie mocno zrewidować.