Obecnie zajmuje się tym tyle urzędów, że nie wiadomo, kto za co odpowiada. Oficjalnie to osiem podmiotów: Centrum Projektów Informatycznych w MSWiA, resort infrastruktury (odpowiada za budowę sieci internetowych), gospodarki (koordynuje tworzenie Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej oraz podpis elektroniczny) MRR, które zarządza wydawaniem dotacji unijnych na informatyzację, UKE, UOKiK (ma zapewniać uczciwą konkurencję na rynku nowych technologii), a nawet Ministerstwo Sprawiedliwości (odpowiada za elektroniczny dostęp do ksiąg wieczystych) oraz Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia w Ministerstwie Zdrowia.

Ale to i tak nie wszystko, bo swoje komórki ds. informatyzacji mają niemalże wszystkie ministerstwa. Łącznie te departamenty i wydziały ds. informatyzacji mają do dyspozycji kilkaset milionów złotych i pracuje w nich kilka tysięcy urzędników. Środki ogromne, a efekty mizerne.

Przesunięto o dwa lata wejście nowych dowodów osobistych, porażkę zaliczył zintegrowany system informatyczny Ministerstwa Skarbu Państwa. Spore zamieszanie było też z ustawą audiowizualną, która nakazywała kontrolę treści w internecie.

– Trzeba przyznać: nie jest dobrze z koordynacją działań. Za często jest tak, że resorty nawzajem wchodzą sobie w kompetencje, a jeden urząd nie wie o tym, co dzieje się w drugim – mówi Marek Hołyński, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego. Bałagan jest już tak duży, że w ostatnich tygodniach wnioski o powołanie specjalnego resortu dedykowanego informatyzacji albo przynajmniej specjalnego urzędnika do kontroli pracy różnych instytucji, wysłały do premiera trzy instytucje: Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, Bussines Center Club oraz Krajowa Izba Gospodarcza. Przed kilkoma dniami dołączyło do nich stowarzyszenie Polska Przedsiębiorcza, które w imieniu kilku tysięcy start-upów, czyli młodych innowacyjnych przedsiębiorstw, zaapelowała o utworzenie ministerstwa przedsiębiorczości.