Co więcej, w tym roku proces rejestracji firmy w Polsce wydłużył się o jeden dzień w porównaniu z latami poprzednimi. Paradoksalnie jest to efekt jednego okienka, które miało ułatwić przedsiębiorcom zakładanie własnej działalności. W praktyce okazało się, że okienka nadal są trzy – w gminie, urzędzie skarbowym i ZUS i w większości przypadków trzeba zajrzeć do nich osobiście. Co więcej, gminy spóźniają się np. z wysłaniem koniecznych dokumentów do urzędu statystycznego, a ten z kolei z opóźnieniem przydziela firmom numer REGON.

Jeszcze większym absurdem jest konieczność osobistego odwiedzania urzędu skarbowego i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, aby założyć zwykłą jednoosobową firmę. – Przy obecnym poziomie skomputeryzowania do zarejestrowania działalności powinien wystarczyć kwadrans spędzony przed komputerem z dostępem do internetu – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Tak działa to między innymi w Wielkiej Brytanii. W niektórych stanach USA, np. Illinois, w ogóle nie ma czegoś takiego jak proces rejestracji – odpowiedni urząd informuje się o tym dopiero w momencie składania rocznego zeznania podatkowego.

Jednak komplikacje przy zakładaniu działalności gospodarczej są niczym w porównaniu z tym, przez co przejść muszą przedsiębiorcy zakładający większą firmę – np. spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Proces ten jest tak uciążliwy, że wiele podmiotów już na samym początku decyduje się skorzystać przy zakładaniu spółki z o.o. z pomocy kancelarii prawnych. W takim przypadku rejestracja trwa miesiąc. Gdy początkujący decydują się zaoszczędzić kilkaset złotych i zrobić to na własna rękę, muszą być przygotowani na nawet dwa miesiące wędrowania z papierami między różnymi urzędami.

– Spółkę z o.o. zarejestrować trzeba w KRS, a ten lubi odsyłać dokumenty z byle powodu. Mój wniosek odrzucono czterokrotnie, w tym raz z powodu tego, że w adresie działalności wpisałem „Warszawa”, a sąd stwierdził, że pełna nazwa powinna brzmieć „miasto stołeczne Warszawa – opowiada Marian Niewiadowski, właściciel spółki budowlanej działającej na Mazowszu. Cały proces rejestracji trwał w jego przypadku dokładnie 50 dni i kosztował łącznie 7 tys. złotych. Na tę kwotę składał się m.in. obowiązkowy kapitał zakładowy (5 tys. zł), opłaty dla notariuszy, 500 zł musiał wysupłać na samą rejestrację w KRS, a kolejne 500 zł na ogłoszenie w Monitorze Sądowym i Gospodarczym.

– To wszystko czysta biurokracja. Nie ma potrzeby, aby statut spółki zatwierdzał sąd czy aby drobni przedsiębiorcy musieli wyrabiać pieczątki, rejestrować się osobiście w ZUS i jeszcze płacić np. za zarejestrowanie się jako VAT-owcy. To wszystko powinno się odbywać z udziałem jednego urzędnika, w dodatku oddzielonego od petenta łączami internetowymi – mówi Kazimierczak. Bo tylko przejrzysty, łatwy, pozbawiony ukrytych i dodatkowych opłat system rejestracji firmy może zachęcić Polaków do wzięcia spraw w swoje ręce.