Presja na Berlin i Paryż jest od kilku dni olbrzymia. Gra toczy się już bowiem nie tylko o uratowanie przed plajtą gospodarek Grecji, Portugalii czy Irlandii, lecz także Hiszpanii oraz Włoch. A tu żartów już nie ma, bo oba kraje wytwarzają 9 i 13 proc. PKB całej Unii. Dla porównania Ateny, Lizbona i Dublin to razem zaledwie... 5 proc. – Niewypłacalność Włoch w praktyce rozsadzi strefę euro – powiedział wczoraj w rozmowie z dziennikiem gospodarczym „Handelsblatt” niemiecki unijny komisarz Guenter Oettinger.

W tej sytuacji jedynym ratunkiem dla euro staje się pomysł wspólnych papierów dłużnych, czyli euroobligacji. Takie papiery gwarantowane wspólnie przez wiele europejskich rządów można by sprzedać na rynku na konkurencyjnych warunkach i w ten sposób obejść nieufność inwestorów wobec perspektyw wypłacalności zadłużonego Południa.

Według projektu lansowanego od jesieni przez szefa Eurogrupy Jeana-Claude’a Junckera pozyskane w ten sposób pieniądze mogłyby sfinansować 60 proc. deficytu budżetowego zadłużonych państw. Resztę powinny zdobyć same przez sprzedaż tradycyjnych obligacji. Do zwolenników takiego rozwiązania dołączył podczas weekendu minister finansów Włoch Giulio Tremonti. Poparcie zaczęła sygnalizować nawet znajdująca się poza euro Wielka Brytania.

Jak dotychczas przeciwnikami pomysłu są jednak dwa największe kraje UE: Francja, a przede wszystkim Niemcy. Berlin obawia się, że w przypadku wprowadzenia euroobligacji siłę stracą ich własne – dziś superbezpieczne – papiery. Na dodatek w wypadku faktycznej plajty któregoś z unijnych maruderów to Niemcy najpewniej odpowiadałyby za jego długi. Jednak pogłębiający się od miesięcy kryzys zadłużeniowy sprawił, że do pomysłu przekonuje się czerpiący profity z integracji walutowej niemiecki biznes.

W praktyce do przyjęcia przez Niemców euroobligacji droga jednak jeszcze daleka. Głównie dlatego, że w wypadku ich apceptacji przez Merkel wyjściem z koalicji rządowej grożą liberałowie z FDP. Ich szef, wicekanclerz i minister gospodarki Philipp Roesler, jest raczej zwolennikiem tzw. unii stabilizacyjnej, czyli mechanizmu, w którym przywódcy unii każdorazowo decydują o przyznaniu pieniędzy zadłużonym krajom.

Zdanie Roeslera jest o tyle istotne, że bez jego partii Merkel utraci większość w Bundestagu, co otwierałoby drogę do nowych wyborów. Po nich wprawdzie władzę przejmie najpewniej lewicowa koalicja SPD i Zielonych, jej przywódcy (co potwierdził kilka tygodni temu w rozmowie z „DGP” prominentny polityk SPD Frank-Walter Steinmeier) popierają euroobligacje.

Nowe wybory w kluczowym kraju Eurolandu to w praktyce odwleczenie ważnej dla przyszłości UE decyzji o kilka miesięcy, podczas których kryzys może się jeszcze zaostrzyć.

Bardziej prawdopodobny scenariusz na najbliższe tygodnie wygląda następująco: dziś w Paryżu Merkel i Sarkozy raczej nie ogłoszą pełnego poparcia dla euroobligacji. Uchylą jednak najpewniej drzwi w tym kierunku poprzez zapowiedź dalszego pogłębiania unijnej integracji gospodarczej (w grę wchodzi na przykład wpisanie kotwic zadłużeniowych do konstytucji krajów Eurolandu i wprowadzenie automatycznych sankcji za łamanie fiskalnej dyscypliny). Dopiero po takim przygotowaniu możliwy będzie powrót do tematu wspólnych unijnych papierów skarbowych.

Niemcy nie są bezpieczni

Niemieckie papiery wartościowe przestają być dla inwestorów bezpieczną przystanią. Na razie widać to na rynku CDS-ów, czyli ubezpieczenia od ewentualnego niespłacenia rządowych obligacji. Im ryzyko z tym związane rynki uznają za większe, tym bardziej ubezpieczenie drożeje. W ostatnich kilku tygodniach niemieckie CDS-y podrożały niemal dwukrotnie (z ok. 40 punktów bazowych w czerwcu do poziomu ponad 80). Wzrost kosztów ubezpieczania niemieckiego długu wciąż jest nieporównywalnie niższy od np. francuskiego (obecnie na poziomie ok. 150). Trend pokazuje jednak niezbicie, że kryzys w Eurolandzie może ostatecznie podważyć zaufanie nawet do największej gospodarki Europy.

rw