Wicekanclerz Niemiec Philipp Roesler przekonuje, że powstanie rady zapobiegnie powtórce sytuacji z Grecji, która przez lata ukrywała rzeczywisty obraz stanu finansów publicznych.

Według Roeslera, który pełni także obowiązki ministra gospodarki i lidera koalicyjnej Wolnej Partii Demokratycznej (FDP), nowa instytucja powinna również kontrolować politykę budżetową państw całej UE, a nie tylko unii walutowej. Nie chodzi przy tym wyłącznie o przestrzeganie tzw. kryteriów z Maastricht, zakładających m.in. dopuszczalny poziom inflacji, długu publicznego i deficytu budżetowego. Rada stabilizacyjna miałaby bowiem także przeprowadzać testy konkurencyjności, badając m.in., czy regulacje na rynku pracy umożliwiają wystarczającą konkurencyjność bądź zapewniają odpowiedni klimat do innowacji. – Jeśli ktoś je obleje, powinien ponosić konsekwencje – mówił Roesler.

Ze słów Roeslera wynika, że instytucja dysponowałaby „pewnym zakresem niezależności”, co pozwoliłoby uniknąć obserwowanej do tej pory uznaniowości w stosowaniu sankcji wobec państw nieprzestrzegających już obowiązujących kryteriów. Teoretycznie wobec kraju uporczywie je łamiącego można zastosować sankcje finansowe, sięgające 0,5 proc. PKB. W praktyce jednak największe państwa UE – w tym Niemcy – z przyczyn politycznych nie musiały się nigdy obawiać srogich kar.

Biorąc pod uwagę najważniejsze w czasach postępującego kryzysu zadłużenia kryteria konwergencji (dług publiczny poniżej 60 proc. PKB i deficyt budżetowy niższy niż 3 proc. PKB), w ubiegłym roku spełniło je zaledwie pięciu członków UE: trzy państwa nordyckie, maleńki Luksemburg i Estonia, która musiała je spełnić, aby przyjąć euro. Czołowa piątka – Francja, Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania i Włochy – nie spełniła ani jednego z wymienionych kryteriów. Przy czym Włosi są zadłużeni dwukrotnie wyżej, niż zezwala na to unijne prawo, zaś deficyt Londynu był – drugi rok z rzędu – ponadtrzykrotnie wyższy.

Być może dlatego dystans wobec pomysłów Roeslera ujawnili partnerzy z Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) kanclerz Angeli Merkel. – To opinia ministra, a nie stanowisko rządu – zapewnił na łamach „Financial Times Deutschland” anonimowy przedstawiciel gabinetu. Inny przedstawiciel rządu w rozmowie z „Irish Timesem” określił jednak propozycję mianem ciekawego pomysłu. Możliwe więc, że słowa Roeslera należy potraktować jako balon próbny, który ma wysondować zdanie unijnych partnerów. W razie przychylnej reakcji pomysł będzie można zgłosić oficjalnie. W przeciwnym razie zawsze będzie można zrzucić winę na mniejszego koalicjanta.

Podobny wybieg Berlin stosował już kilkukrotnie, używając w tym celu m.in. niemieckich gazet. To „Bild” jako pierwszy – pół żartem, pół serio – zaproponował Grekom sprzedaż wysp w celu pokrycia potrzeb budżetowych. Kontrolowane przecieki poprzedziły też bailouty Grecji, Irlandii i Portugalii oraz utworzenie specjalnego mechanizmu stabilizacji finansowej.

Nadzór także polityczny

Obok instytucji kontrolnej, którą proponuje Philipp Roesler, strefa euro ma niebawem zostać zinstytucjonalizowana także na szczeblu politycznym. Propozycję powołania rady unii walutowej, na której czele z urzędu stoi przewodniczący Rady Europejskiej (co automatycznie uniemożliwiłoby pełnienie tego urzędu przez przedstawicieli państw spoza eurostrefy), forsują Francuzi. W grudniu 2010 r. niezależnie od siebie komentarze z taką samą propozycją opublikowali były szef MSZ Niemiec Joschka Fischer oraz włoska eksminister spraw europejskich Emma Bonino.

mwp