Kryzys obnaży nasze słabości

Maciej Bukowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych

Jeśli dojdzie do załamania gospodarczego, możemy się wybronić, pod warunkiem że nie będzie ono duże. Bo nie mamy takiej możliwości znaczącego zwiększenia inwestycji publicznych ze środków unijnych jak w latach 2008 – 2010. Ówczesny silny spadek konsumpcji i inwestycji został też zrównoważony przez ekspansję w polityce fiskalnej, czyli duży deficyt i szybkie tempo wzrostu długu publicznego. To pozwoliło nam suchą nogą przejść przez kryzys. Jeśli teraz kryzys będzie głęboki, to takiej poduszki fiskalnej już nie ma.

W dłuższej perspektywie mamy natomiast co robić. Polska ma duże rezerwy i w ich wykorzystaniu leżą szanse naszego wzrostu. Naszą główną słabością jest niska stopa inwestycji, co uniemożliwia zwiększenie produktywności. Inwestorzy słabo inwestują, bo zyski z zainwestowanego kapitału są niskie. To wynika np. ze złego stanu infrastruktury. Aby to zmienić, potrzebne są inwestycje publiczne – chodzi tu o bardzo duże nakłady, o podtrzymanie inwestycji rzędu 5 proc. PKB.

Nasz poziom życia zbliża się do poziomu Portugalii, najbiedniejszego kraju starej Unii, i jeśli nie chcemy na tym poprzestać, ale gonić Niemcy czy Holandię, to musimy przestawić się na innowacje. A jeśli chodzi o innowacyjność naszej gospodarki, jest naprawdę źle. W tej sprawie adresatem jest państwo, bo bez wzrostu publicznych środków na badania i rozwój nie wzrosną wydatki prywatne na ten cel.

Na to wszystko trzeba znaleźć pieniądze, zmieniając podatki, np. ujednolicając stawki VAT. I ograniczając wydatki. By to zrobić, trzeba wdrażać reformy. Opinia publiczna nie zdaje sobie sprawy, ale starzenie się populacji będzie gwałtowne w tej i kolejnej dekadzie. Bez zwiększenia stopy zatrudnienia nie utrzymamy obecnego modelu państwa, dlatego niezbędne jest wydłużenie wieku emerytalnego, ale także wcześniejsze wchodzenie na rynek pracy młodych ludzi i utrzymanie na nim kobiet, rodzących i wychowujących dzieci. W Polsce jest dużo do zrobienia na każdym polu.

Wyroki agencji ratingowych to czysta fikcja, w którą niestety wierzą rynki

Paul De Grauwe, belgijski ekonomista, doradca Komisji Europejskiej

Paradoks obecnej sytuacji polega na tym, że obniżka ratingu to dla amerykańskiej gospodarki potencjalna samospełniająca się przepowiednia. Tak naprawdę decyzje agencji to fikcja. Posługują się one nieprzejrzystą, nieraz bardzo niechlujną metodologią, a na dodatek w przeszłości już wielokrotnie się myliły. Ich wyrok nie mówi więc nic nowego o faktycznym stanie amerykańskiej gospodarki i moim zdaniem to absurd myśleć, że USA nie będą w stanie obsłużyć swojego zadłużenia.

Niemniej odebranie USA potrójnego A będzie miało swoje konsekwencje, bo większość inwestorów przy podejmowaniu decyzji biznesowych bierze pod uwagę ratingi. Niektórzy stosują się do nich wręcz automatycznie na zasadzie „inwestuję tylko w papiery powyżej pewnego progu”. W ten sposób fikcja stworzona przez S&P staje się bardzo realnym zagrożeniem.

Amerykańska zawierucha dotknie także nas. Ratunek tylko w reformach

Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC

Ponieważ tu chodzi o zjawiska globalne, to nasze możliwości przeciwdziałania i reakcji są na krótką metę bliskie zeru. Na dłuższą metą oczywiście musimy budować wiarygodność. To oznacza wprowadzenie reform strukturalnych. Choć minister Rostowski obiecuje, że do roku 2015 nawet bez poważnych reform zlikwiduje deficyt sektora finansów publicznych, to ja mam wątpliwości, czy to nie zbyt optymistyczna zapowiedź. Ale nawet jeśli stanie się tak, jak zapowiada, to chodzi o to, by dalej niski albo zerowy poziom deficytu utrzymać. Lista reform jest doskonale znana. To likwidacja przywilejów emerytalnych, zrównanie wieku emerytalnego obu płci, zmniejszenie funduszu płac w administracji publicznej o 15 proc., objęcie rolników PIT, ujednolicenie VAT na poziomie 19 proc. czy zmiana kryteriów pomocy społecznej.

Chaos potrwa aż do przyszłorocznych wyborów prezydenckich w USA

David I. Kass, ekonomista University of Maryland

Do wyborów w USA pozostało zaledwie 15 miesięcy. Nie sądzę, by do tego czasu degradacja ratingu istotnie wpłynęła na politykę gospodarczą Waszyngtonu. Zbyt wiele wysiłku Demokratów i Republikanów kosztowało dojście do ostatniego porozumienia w sprawie programu redukcji wydatków publicznych.

Wydaje mi się, że do wyborów w listopadzie 2012 roku nie pojawią się przesłanki do zmian. Wiele mogą natomiast zmienić wybory. Nowy Kongres powinien być bardziej otwarty na ponadpartyjną współpracę, zamiast toczyć bezowocne spory, które mieliśmy okazję śledzić podczas konfliktu o podwyższenie limitu długu publicznego. Właśnie tego będą oczekiwać – i na to mają nadzieję – wyborcy.

Do uspokojenia rynków – zarówno w USA, jak i w Europie – potrzebujemy zaś więcej zaufania do systemu finansowego, ale i do zdolności naszych przywódców. To drugie mogą przywrócić zbliżające się wybory. To pierwsze wymaga jednak zdecydowanych działań już teraz.

W przypadku Europy, narażonej na wstrząsy ze względu na groźbę bankructwa Hiszpanii i Włoch, chodzi przede wszystkim o Europejski Bank Centralny, który powinien wziąć na siebie jak najwięcej odpowiedzialności za rozwój wydarzeń. To od działań EBC zależy przywrócenie zaufania na rynkach i ustabilizowanie sytuacji w Europie.

Dobrze oceniam z kolei wskrzeszenie grupy G7 po degradacji USA przez Standard & Poor’s. Przed poniedziałkowym otwarciem rynków przywódcy grupy umówili się na telekonferencję. Tak jak EBC powinien wziąć odpowiedzialność za Europę, tak podczas spotkań grupy G7 powinny zostać wypracowana konkretny rozwiązania dla świata – dotyczące regulacji rynków finansowych, kwestii związanych z wykupem obligacji czy polityki kursowej.