Wśród analityków pojawiały się obawy, że kończy się okres względnej stabilności, a zaczyna kolejna faza niepewności na rynkach finansowych. W kolejnych miesiącach może się to odbić na naszej giełdzie i na walucie.

Złoty w ciągu dnia stracił do euro blisko cztery grosze, a do dolara ponad cztery. Podobnie w ciągu dnia zdrożał frank – z 3,15 do ponad 3,20 zł. Giełda także odnotowała spadki indeksów. To reakcja na skumulowany od piątku zestaw niekorzystnych informacji ze strefy euro: groźba obniżenia ratingu Włoch, porażka rządzących Hiszpanią socjalistów w wyborach lokalnych, co nasuwa obawy, że by odzyskać poparcie, zrezygnują z części niepopularnych reform, i wreszcie najważniejszy czynnik – coraz bardziej realna perspektywa restrukturyzacji greckiego długu. To wszytko wywołało wzrost awersji do ryzyka, czyli odwrót z rynków wschodzących lub tych powiązanych z euro. Zdaniem analityków takie nastroje nadal będą się utrzymywać, i to przez długie miesiące. Oznacza to, że kurs polskiej waluty może się mocno wahać i na pewno nie będzie się wzmacniał w tempie, jakie jeszcze niedawno przewidywał rynek.

– Decyzja w sprawie restrukturyzacji greckiego długu będzie osłabiała złotego, za to w kierunku jego umocnienia będą oddziaływały wyższe stopy procentowe tak samo jak napływające z Brukseli środki unijne i wynikiem tego równania będzie lekka aprecjacja naszej waluty – mówi dr Jakub Borowski, główny ekonomista Invest-Banku. Jego zdaniem na koniec roku euro będzie kosztowało nie 3,77 zł, jak szacowano wcześniej, ale blisko 3,85 zł. Jeszcze bardziej niekorzystny może być długofalowy wpływ wydarzeń w Grecji na kurs franka. – Nie chcę straszyć, ale realny jest scenariusz, w którym po tym jak zapadną konkretne decyzje o restrukturyzacji długu Grecji, kurs złotego straci do euro 5 proc., a frank zyska, do euro i nie można wykluczyć, że w najbliższych miesiącach zobaczymy franka za 3,30 – 3,40 zł – mówi Borowski. Rosnącą niepewność zwiększa prawdopodobieństwo większej od spodziewanych skali podwyżek stóp. – To będzie miało wpływ zarówno na koszty budżetu, jak i gospodarstw domowych oraz firm. Ale nie powinno być mowy o załamaniu. Choć jesteśmy w innej grupie niż Niemcy, to inwestorzy nauczyli się nas odróżniać od krajów z kłopotami – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.