Plany uruchomienia i błyskawicznego rozstrzygnięcia przetargu niemal dokładnie rok temu ogłaszał wiceminister Marcin Idzik. – Musimy przeprowadzić to w tym roku. Wytyczne taktyczno-bojowe są już gotowe – zapewniał wtedy dziennikarzy.

Od tamtej pory przesuwane są kolejne terminy – ostatnio ogłoszenie wymagań, które będzie musiał spełnić nowy samolot, miało nastąpić pod koniec kwietnia. Próbowaliśmy zapytać rzecznika prasowego MON Janusza Sejmeja, dlaczego nie udało się dotrzymać terminu. Mimo obietnic odpowiedź nie nadeszła do zamknięcia tego wydania gazety.

– Zakup tego samolotu to konieczność. Dziś wyszkolenie jednego pilota to kwota około 6 milionów złotych i jest najdroższe na świecie, bo odbywa się w USA. Mam wrażenie, że ten przetarg hamuje minister finansów Jacek Rostowski, który szuka oszczędności – mówi członek sejmowej komisji obrony narodowej Dariusz Seliga (PiS).

Pesymistą jest też przewodniczący komisji obrony narodowej Stanisław Wziątek. Zwraca uwagę na inny problem. – Staraliśmy się, aby nawet w tych trudnych czasach budżet armii był przyzwoity i pozwalał na jej modernizację. Jeśli nie uda się wykorzystać zarezerwowanych środków, będzie to prawdziwa kompromitacja resortu – mówi.

Z przecieków wiadomo, że ostatecznie MON będzie chciało, aby następca Iskry, która jest przestarzałą konstrukcją z 1960 roku, miał również duże możliwości bojowe. To oznacza, że rosną szanse dwóch konstrukcji: koreańskiego T-50 oraz włoskiego MA-346, a maleją brytyjskiego Hawka oraz czeskiego L-159. Oprócz rozstrzygnięcia przetargu do uruchomienia środków niezbędne jest podpisanie szczegółowych umów ze zwycięską firmą. A Janusz Zemke, były wiceminister obrony narodowej wspomina, że negocjacje dotyczące szczegółowych zapisów (np. na samoloty transportowe) trwały około sześciu miesięcy. – To są ogromne pieniądze i umowy muszą być sporządzone z najwyższą uwagą – tłumaczy.