W konflikcie ministra finansów Jacka Rostowskiego z samorządami nikt nie ma racji absolutnej. Więcej argumentów na swoją korzyść mają samorządy, ale minister też je ma. Obie strony skazane są więc na kompromis, który zabezpieczyłby inwestycje współfinansowane przez Unię, ale też skłonił województwa, powiaty i gminy do powściągliwości w wydatkach. Stawką jest rozwój cywilizacyjny Polski w najbliższych latach.

Naprzeciw ministra, który właśnie stoczył batalię o ograniczenie wpłat do OFE, stanął teraz przeciwnik o niebo groźniejszy od kilku znanych ekonomistów. Samorządy nerwowo liczą wydatki, zamieszczają w gazetach listy otwarte, lobbują u premiera, któremu jeszcze w maju zamierzają przedstawić raport o stanie finansów.

Kwestia nakładania kagańca na polskie miasta, województwa, powiaty czy gminy może obok drożyzny stać się tematem numer 1 przed wyborami. PJN: to kolejna po OFE „kreatywna księgowość”, PiS: „ograniczanie samorządności”, PSL: „zrywanie zawleczki granatu i wkładanie go w tryby dobrze pracującej maszyny”.

Na razie Rostowski upiera się przy swoim. Zgodnie z przygotowanymi już przepisami deficyt samorządów nie mógłby w 2012 roku przekraczać 4 proc., w 2013 – 3 proc., w 2014 – 2 proc., a w 2015 – 1 proc. ich dochodów. W dodatku 29 grudnia ubiegłego roku minister wydał rozporządzenie, które zmieniło sposób liczenia długu na mniej korzystny. Nakazał wliczać doń m.in. przyszłe, a nawet już realizowane projekty w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. To element planu cięć, który Rostowski obiecał Komisji Europejskiej – już w przyszłym roku musimy zredukować deficyt państwa do 2,9 proc. PKB. Ma to nas uchronić przed katastrofą finansów publicznych.

Problem z zadłużaniem się samorządów wypłynął już pod koniec 2008 roku, gdy podskoczył deficyt państwa, a unijny komisarz ds. gospodarczych i walutowych Joaquin Almunia pytał ministra: „Jacku, co się dzieje?”. Ten sprawdził. Okazało się, że do skoku deficytu przyłożyły się samorządy, które zaczęły wydawać ogromne kwoty na inwestycje, i robią to w dużej części na kredyt.

Nasze długi są lepsze

Gminy czy województwa przytomnie zauważają, że przypada na nie ledwie 6 – 7 proc. długu finansów publicznych. A więc minister Rostowski szuka nie tam, gdzie trzeba. Ich długi są w dodatku „lepsze”, bo wynikają w większym stopniu z inwestycji, a nie z rozbuchanych wydatków socjalnych, jak w przypadku budżetu centralnego. Inwestycje prowadzone są w dużej mierze za pieniądze unijne, ale do tego potrzeba wkładu własnego. I stąd głównie wzrost deficytu i długu. Dzięki tym inwestycjom dokonaliśmy w ostatnich latach wielkiego skoku cywilizacyjnego. Porównajmy. Samorządy dysponują z grubsza 170 mld zł, czyli jedną trzecią pieniędzy publicznych, z czego na inwestycje idzie 40 mld zł, czyli 23,5 proc. budżetu. Tymczasem rząd wydaje na inwestycje 15 mld zł, czyli 5 proc. budżetu.

Zadłużenie samorządów w pierwszym półroczu 2010 r. przekroczyło 41 mld zł, co odpowiada 25 proc. ich rocznych dochodów. A więc do konstytucyjnego progu 60 proc. jeszcze daleko. W dodatku próg ten jest w Polsce relatywnie niski. Berlin miał nawet zadłużenie na poziomie 120 proc. Dług ten nie wydaje się więc groźny dla finansów publicznych.

Żeby było zabawniej, przyczynia się do niego sam prowadzący z nim walkę rząd. Od lat przybywa zadań, którymi samorządy są obarczane przez władze centralne. Nie idą za tym pieniądze. To samorządy pokrywają z grubsza połowę kosztu 7-proc. podwyżki dla nauczycieli. Wprowadzono ulgi prorodzinne i obniżono PIT, z którego część dochodów zasila gminne kasy. Niektóre regiony mają kłopot z tzw. janosikowym, które odbiera im pieniądze na rzecz gmin biedniejszych. Np. Mazowsze przekazuje im połowę dochodów. Największy problem będą mieli teraz ci, którzy do tej pory nie zadłużali się, a dopiero teraz zamierzali to zrobić, bo np. z jakichś powodów inwestycje się opóźniły.

Nietrudno zgadnąć, że konsekwencje montowania hamulca na rozpędzonym inwestycjom samorządów byłyby dramatyczne. Te najbardziej zadłużone musiałby gwałtownie zmniejszyć wydatki. A więc koniec z nowymi drogami, mostami, szkołami. Trzeba będzie nawet renegocjować część zawartych już kontraktów. Straciłaby cała polska gospodarka, dla której wydatki inwestycyjne samorządów to drugi obok popytu wewnętrznego silnik. Przestają nim być inwestycje infrastrukturalne z budżetu centralnego, które rząd Tuska bezlitośnie obcina. Konsekwencją może być mniej miejsc pracy, mniejsze wpływy podatkowe, a przede wszystkim utrata części środków unijnych.