W walce o portfele klientów prześcigają się już nie tylko osiągami i rozwiązaniami technologicznymi, lecz także cenami. Główni producenci szacują, że pod koniec dekady na świecie będzie jeździć aż 20 mln elektrycznych samochodów. Dziś jest ich zaledwie 100 tys., wliczając w to wszystkie meleksy kursujące po polach golfowych.

Po raz pierwszy producenci samochodów zajęli się napędem elektrycznym w 2008 r., gdy cena baryłki ropy zbliżyła się do 150 dol. Później przyszedł kryzys i ceny ropy spadły o połowę, jednak prace nad elektrowozami nie zwolniły. Inżynierów motywowała wyraźna, głównie w USA i Europie Zachodniej, tendencja do przesiadania się do bardziej ekonomicznych aut. I tak dojechaliśmy do 2011 r., kiedy Afryka Północna stanęła w ogniu, ponownie windując ceny ropy. A producenci wykorzystali moment do zaprezentowania światu tego, nad czym pracowali przez ostatnie trzy lata.

Niemal wszystkie koncerny mają już w swojej ofercie auta na baterie. I nie chodzi wyłącznie o marki masowe, jak VW, Toyota czy Ford, które jeszcze w tym, a najdalej w przyszłym roku chcą uruchomić seryjną produkcję tych modeli. Samochód na prąd pokazał nawet Rolls-Royce, który nigdy nie miał pod maską mniej niż 12 cylindrów. Prototyp 102EX napędzają dwa silniki elektryczne o łącznej mocy 394 KM. Rozpędzają one auto do setki w osiem sekund, a maksymalna prędkość wynosi 160 km/h.

Auta na prąd nie tylko nie emitują spalin, lecz także hałasu. To ostatnie może przeszkadzać miłośnikom samochodów sportowych, którzy już za rok mogą zobaczyć w salonach elektryczne Porsche. Trzy prototypowe modele Boxster E już jeżdżą po drogach, a niemieccy inżynierowie robią co w ich mocy, by nie rozczarowały pod względem osiągów. Pierwsze przecieki z Zuffenhausen są bardzo obiecujące – od zera do setki w pięć sekund i maksymalnie 270 km/h. Problemem może się okazać jedynie zasięg auta szacowany na 160 km, i to przy spokojnej jeździe. Ostre przyciśnięcie gazu może się skończyć po 70 – 80 km.

To jednak i tak ogromny dystans w porównaniu z tym, jaki na jednym ładowaniu przejeżdżały eksperymentalne pojazdy z lat 90. Napis „battery empty” na ich wyświetlaczach pojawiał się po przejechaniu 30 – 40 km. Jeszcze pięć lat temu ogniwo w baterii litowo-jonowej, przeznaczonej do napędu pojazdu, miało pojemność tylko 1,4 amperogodziny, obecnie dwa razy więcej. To z kolei przekłada się na zwiększony zasięg auta. RR 102EX na jednym ładowaniu przejeżdża 200 km, Mini E – 240 km, a Audi A1 e-tron – o 10 km więcej.

Zdaniem specjalistów pod koniec dekady na rynku dostępne będą modele, które na jednym ładowaniu przejadą 800 km. Wtedy po drogach całego świata, jak szacują same koncerny, ma już jeździć łącznie około 20 mln elektrycznych samochodów, z czego milion w samych Niemczech. Już teraz sprzedaż dynamicznie rośnie z roku na rok: w 2008 r. na całym świecie kupiono zaledwie 500 osobowych samochodów na prąd, w 2009 r. już 2,5 tys., a w ubiegłym – 15 tys. Ten rok – jak szacują producenci – zamknie się wynikiem na poziomie 70 – 80 tys. sztuk. Największy, nawet 40-proc. udział w sprzedaży będzie miał Nissan Leaf, który już można nabyć w USA, a jeszcze w tym roku wjedzie do salonów w Europie, w tym także w Polsce. Kompaktowe auto o zasięgu około 180 km bez trudu mieści pięć osób i spala na tym dystansie prąd o równowartości około 15 zł.